środa, 30 stycznia 2013

marokańska zupa z soczewicy

Ze względu na dużą ilość przypraw, jest to bardzo aromatyczna zupa, w sam raz na zimowy wieczór.  Dodajemy do niej marokańską przyprawę ras el hanout, która jest mieszanką wielu przypraw, więc w zależności od firmy, która ją produkuje, może smakować trochę inaczej. Można ją robić samemu, ale zawiera ona w sobie kilka mało popularnych w Polsce składników, więc wygodniej jest ją kupić gotową.
Przepis zaczerpnięty z Sunday Telegraph Magazine z marca 2005, z moimi modyfikacjami.

MAROKAŃSKA ZUPA Z SOCZEWICY Z CEBULĄ SMAŻONĄ Z CHILI


  • 1 duża cebula, drobno pokrojona
  • 5 ząbków czosnku, drobno pokrojonych
  • 2-3 gałązki selera naciowego, drobno pokrojone
  • 1 łyżka mielonego kuminu
  • 2 łyżki mielonej kolendry
  • 1 - 2 łyżki harissy (lub więcej)
  • 200 g czerwonej soczewicy
  • 400 g pomidorów w puszce lub przecieru pomidorowego
  • 1,2 - 1,5 litra bulionu warzywnego (w zależności od tego, jak gęstą chcemy mieć zupę)
  • koncentrat pomidorowy (ewentualnie)
CEBULA SMAŻONA Z CHILI
  •  3 duże cebule, pocięte w cienkie półksiężyce
  • 1/2 łyżeczki cynamonu
  • 1 papryczka chili, drobno posiekana (można mniej jeśli ktoś nie lubi ostro przyprawionych dań)
  • 2 łyżeczki cukru
  • 3-4  łyżki soku z cytryny (lub do smaku)

Cebulę i seler podsmażamy w garnku na oleju, tak aby warzywa się zeszkliły, ale nie zrumieniły. Dorzucamy czosnek i smażymy jeszcze ok 2 minut. Dodajemy wszystkie przyprawy (harissę, ras el hanout, kumin i kolendrę) oraz pozostałe składniki (jeśli używamy przecieru pomidorowego należy go dodać pod koniec gotowania) i doprowadzamy do wrzenia.Następnie gotujemy zupę na małym ogniu ok 30 minut, soczewica musi być miękka i rozpadać się. 
Przygotowujemy cebulę: Mocno rozgrzewamy olej, wrzucamy cebulę i smażymy ją aż stanie się lekko brązowa. Dodajemy cukier, chili i cynamon, zmniejszamy ogień i smażymy aż cukier się rozpuści. Doprawiamy cytryną do smaku. 

Zupę podajmy ze smażoną cebulą i kolendrą.





piątek, 25 stycznia 2013

zapomnijcie o zasadach: zeytinyagli

Jak należy gotować warzywa?
Każdy wie, że:

  • jak najkrócej, 
  • w małej ilości wody; 
  • najlepiej na parze; 
  • powinny zachować swój naturalny kolor i być al dente.


A może by tak delikatnie poddusić je w sporej ilości oliwy? Pozwolić by smak oliwy przeniknął do warzyw a soki z warzyw nadały smak oliwie? Gotować do miękkość, aż warzywa staną się prawie przeźroczyste i błyszczące? To jest właśnie turecki sposób wolnego duszenia w oliwie, który nadaje daniom fantastyczny smak. Można w ten sposób przyrządzić wiele warzyw i nie tylko warzyw. U mnie pory i marchewka.



PORY I MARCHEWKA PO TURECKU
(inspiracja stąd):

  • 5 porów
  • 4 marchewki
  • 1 duża cebula, drobno pokrojona
  • 1/4 -1/2 szklanki oliwy
  • 1/2 szklanki ryżu (można pominąć)
  • 1/4 szklanki wody lub bulionu warzywnego (1 szklanka, gdy dodajemy ryż)
  • 1/2 łyżeczki cukru
  • 3 łyżki soku z cytryny
  • sól, pieprz
Pory kroimy wzdłuż na pół, a potem na kawałki wielkości mniej więcej 3 cm. na 3 cm.  Marchew kroimy ukośnie na plasterki grubości ok. pół centymetra. Do dużego garnka wlewamy oliwę, rozgrzewamy ją na małym/średnim ogniu i wrzucamy cebulę z marchewką. Gotujemy je powoli ok. 15 min, tak żeby się poddusiły, ale nie zrumieniły. Dodajemy pory i dusimy wszystko ok. 10 min. Dodajemy sól i cukier, mieszamy. Następnie, jeśli dodajemy ryż wrzucamy go i wlewamy 1 szklankę płynu, jeśli nie dodajemy tylko wodę lub bulion (1/4 szklanki). Mieszamy wszystko, garnek przykrywamy pokrywką i gotujemy na wolnym ogniu ok, 20 minut (jeśli danie jest z ryżem, czas gotowania będzie dłuższy, ok 30 minut lub do momentu, gdy ryż będzie miękki). Nie mieszamy. Po upływie tego czasu ściągamy danie z ognia i zostawiamy pod przykryciem ok. 15 minut. Następnie doprawiamy sokiem z cytryny i świeżo mielonym pieprzem. Podajemy ciepłe lub w temperaturze pokojowej samo albo z chlebkiem pita lub ryżem.


Spory dodatek ryżu jest moją inwencją, chciałam mieć bardziej treściwe danie. W klasycznej wersji ryżu albo nie ma wcale, albo jest go bardzo mało.





środa, 23 stycznia 2013

dekadenckie bułeczki z dżemem

Dlaczego nazwałam te bułeczki dekadenckie?
No cóż, po prostu nie mogłam użyć innego określenia na wypiek z tak dużą ilością masła i śmietany.
Przepis zaczerpnęłam stąd i zmodyfikowałam.



DEKADENCKIE BUŁECZKI  Z DŻEMEM


·         250 g solonego masła (ja dałam niesolone, dodałam 1 łyżeczkę soli)
·         75 g cukru
·         170 g śmietany 30%
·         50 g kremowego serka (typu Philadelphia, ok 26% tłuszczu)
·         3 żółtka
·         400 g mąki pszennej 450 lub 550
·      30 g mąki ziemniaczanej 
  •      gęsty dżem do nadziewania (w oryginalnym przepisie dżem ananasowy) lub powidła; u mnie dżem pomarańczowy i powidła
Ucieramy masło, z cukrem i serkiem. Dodajemy śmietanę i ubijamy około 10 minut na średnich obrotach. Dodajemy po jednym żółtku, po czym wsypujemy obie mąki. Powinno powstać gładkie i elastyczne ciasto, może się nieco kleić bo w lodówce jeszcze trochę stwardnieje. Odstawiamy do lodówki na 10 min. lub dłużej.
Ciasto dzielimy na kulki o wadze 30 g (lub innej). Dobrze jest użyć tutaj wagi, bo wszystkie ciasteczka będą jednej wielkości, co dobrze wygląda. Oczywiście można podzielić ciasto na oko. Następnie każdą kulkę rozplaszczamy i nakładamy na powstałe placki gęsty dżem. Dżem musi być na tyle gęsty, żeby nie wypłynął podczas pieczenia. Zawijamy nasze placki, tworząc zgrabną kulkę. 
    
Pieczemy około 20 minut w temperaturze 180 stopni (ja piekłam 0,5 h a i tak nie są mocno zrumienione).
Ciasto jest bardzo dobre, można by powiedzieć prawie doskonałe, ale jego największą zaletą jest łatwość formowania, o co  trudno przy tego typu cieście, które często się rozpada podczas wałkowania.




z powidłami

z dżemem pomarańczowym    
  1. Piekąc to ciasto po raz pierwszy przez pomyłkę dałam 50 g śmietany i 170 g serka. Ciasto wyszło dobre, z serowym posmakiem, mniej kruche niż oryginalna wersja. I nie powiedziałabym, że ten właściwy przepis jest lepszy.
  2. Jak dla mnie cukru w tym przepisie jest za dużo, więc go pomijam albo dodaję o wiele mniej. Wszystko zależy od dżemu, którym nadziewamy ciasteczka – jeśli jest słodki, cukru dajemy minimalnie lub wcale. 
  3. Pod koniec wyrabiania okazało się, że muszę dodać o wiele więcej mąki, bo ciasto było niesamowicie kleiste. Mąka ma różną wilgotność, jajka różne rozmiary, więc nie da się określić jak wilgotne będzie każde ciasto. Jedynie czułe ręce cukiernika są w stanie wybadać ile jeszcze mąki potrzeba, aby uzyskać właściwą konsystencję. 
  4.  Kiedyś miałam jedynie 200 g masła. I też wyszło. .
  5. Czas pieczenia zależy od piekarnika, wielkości bułeczek i od półki, na której położymy blachę. 



niedziela, 20 stycznia 2013

Czy boicie się kwasu fitowego, czyli jak zostałam wyznawczynią Michaela Pollana, część II


Jak jeść?

Sądząc po opisach moich internetowych peregrynacji w sprawie płatków, jest jeszcze trudniej odpowiedzieć na to pytanie niż na pytanie jak żyć albo czym jest prawda. W zalewie rad (często sprzecznych) różnych ekspertów od zdrowia potrzebny jest głos rozsądku. Takim głosem jest książka Michaela Pollana W obronie jedzenia. Manifest wszystkożerców (tytuł oryginału: In Defence of Food. An Eater Manifesto). Głównym przesłaniem tej książki jest postulat zaufania tradycyjnej kulturze kulinarnej, modelowi żywienia wypracowanego przez naszych przodków. Pollan demaskuje pułapki i paradoksy jakie szykuje nam dietetyzm (nutritionism). Naukowcy zajmujący się zagadnieniami żywienia objawiają nam raz za razem wyniki jakiś badań, z których niezbicie wynika, że dany artykuł jest szkodliwy dla zdrowia (np. masło czy jajka). Oczywiście za chwilę pojawiają się nowe badania, których wyniki są całkowicie sprzeczne z rezultatami poprzednich badań.
Najważniejszą rzeczą, z jakiej należy zdać sobie sprawę, jest to, że kampania mająca na celu profesjonalizację zaleceń żywieniowych nikogo nie uczyniła zdrowszym. Wręcz przeciwnie, (…) większość wskazówek żywieniowych, które otrzymaliśmy w ostatnim półwieczu – a szczególnie ta zalecająca zstąpienie tłuszczu w jedzeniu węglowodanami – sprawiła, że jesteśmy mniej zdrowi i bardziej otyli.


Pollan zwraca uwagę, że wszystkie społeczności stosujące tradycyjne diety (niezależnie od tego czy są to diety wysokotłuszczowe, niskotłuszczowe, z przewagą mięsa lub wegetariańskie), cieszą się doskonałym zdrowiem. Przekonuje, że równie ważne jak to, co jemy, jest też jak jemy, a jednym z ważniejszych aspektów jedzenia, jest dostarczanie przyjemności. To, co jemy jest częścią naszej kultury i tradycji, wyznacznikiem tożsamości a nie tylko paliwem, którym się napędzamy. Myślę, że Pollan przyklasnąłby zasadom żywieniowym, o których pisałam w poście o  książce „French Kids Eat Everything”.
Twierdzenie, że głównym celem jedzenia ma być zdrowie fizyczne, jest podejściem stosunkowo nowym i – jak myślę – niszczycielskim, bo psuje nie tylko przyjemność z jedzenia (…), ale też, paradoksalnie samo zdrowie. I rzeczywiście, mieszkańcy żadnego innego kraju nie martwią się bardziej o konsekwencje zdrowotne wynikające z tego, co jadają, niż Amerykanie. Żadna też inna nacja nie zmaga się z tak wieloma problemami zdrowotnymi zależnymi od jedzenia. Amerykanie stają się narodem ortorektyków – ludzi dotkniętych niezdrową obsesją na punkcie zdrowego odżywiania się.
Dla mnie, ta książka była niezwykle ważna, może nie tyle dlatego, że Pollan objawia jakieś niezwykłe sekrety, ale dlatego, że dostałam potwierdzenie, tego co od dawna sobie myślałam.  Znalazłam w niej również opis procesu uprzemysławiania produkcji żywności – procesu, który zaprowadził społeczeństwa zachodnie, szczególnie amerykańskie, od w miarę zdrowego sposobu żywienia do tej katastrofy zdrowotnej jaka dotyka znaczną część społeczeństwa amerykańskiego obecnie. Na koniec jeszcze cytat, podkreślający wagę  systemu kultury kulinarnej jako całości:
Tak samo, jak pokarmy są czymś więcej niż sumą swoich składników, podobnie wzorce żywieniowe wydają się czymś więcej niż sumą produktów, z których się składają. (…) Jednak gdy badacze wyizolują jakiś pojedynczy składnik jadłospisu o udowodnionej wartości i działaniu, zwykle nie udaje się wiarygodnie wyjaśnić, dlaczego ludzie jadający go żyją dłużej, rzadziej chorują na serce czy choroby nowotworowe, w porównaniu z ludźmi stosującymi zachodni sposób odżywiania się. Widać wyraźnie, że cały wzorzec żywieniowy tego rodzaju ma działanie silniejsze niż suma jego składników.
Trudno zakończyć mi ten post, ponieważ mam wielką ochotę zacytować tutaj trzy czwarte tej książki. Pozostaje mi tylko rekomendować ją jako pozycję obowiązkową.




sobota, 19 stycznia 2013

Czy boicie się kwasu fitowego, czyli jak zostałam wyznawczynią Michaela Pollana, część I


?



To eat, or not to eat: that is the question


Gdzieś kiedyś usłyszałam, że płatki owsiane nie są wcale takie zdrowe, ponieważ zawierają kwas fitowy/fitynowy, który utrudnia przyswajanie różnych minerałów. Płatki jadam czasem częściej, czasem rzadziej, więc postanowiłam to sprawdzić. 


Zaczęłam, a jakże, od Wikipedii. Oto co znalazłam:

Wykazuje [kwas fitowy] właściwości przeciwnowotworowe, działa szczególnie skutecznie przeciw takim nowotworom jak rak sutka, rak gruczołu krokowego, rak jelita grubego i rak okrężnicy.
Do niedawna uważano, że kwas fitowy może utrudniać przyswajanie  minerałów z pożywienia. Badanie na dużej populacji ludzi dowiodło jednak, że wysokie spożycie pokarmów zawierających kwas fitowy chroni przed osteoporozą.
Istnieją też inne, empiryczne dane, które świadczą o tym, że kwas fitowy ze względu na zdolność do trwałego łączenia się w przewodzie pokarmowym ssaków z żelazem, cynkiem, wapniem oraz magnezem i tworzeniem z nimi nierozpuszczalnych soli, może powodować poważne niedobory tych pierwiastków.

Czyli jest tak albo tak. Czytam dalej i dowiaduję się, że kwasu fitowego można się pozbyć. Być może jest szkodliwy, więc chyba warto coś z nim zrobić. Przeglądając internet dowiaduję się, że moczenie płatków na noc powoduje wypłukiwanie tego kwasu. Okazuję się jednak, że samo moczenie nie wystarczy.

Przed przystąpieniem do przygotowania owsianki mamy dobrą radę. Warto pamiętać, by do płatków dodać odrobinę świeżo zmielonego ziarna ryżu, gryki lub pszenicy i zalać wodą na noc.  W ten sposób z płatków owsianych pozbywamy się kwasu fitynowego, który utrudnia wchłanianie wapnia i mikroelementów przez organizm (namoczenie samych płatków jest mało skuteczne, kwasu ubywa jedynie o ok. 20%).[i]

Ale tu pojawia się nowe pytanie. Co zrobić z wodą z moczenia płatków? Wylać ci ją, czy w niej gotować?
Na stronie Sante, twierdzą, że odlać. [ii]
Jednak Jędruś z forum wegedzieciaki twierdzi inaczej.


Nie powinno odlewać się wody z płatków owsianych bo wylewa się również minerały.[ii]
Super, albo minerały z kwasem, albo płatki bez kwasu i bez minerałów.
A może to wszystko zwykła bujda i granda? Podła nagonka na płatki inspirowana przez wraże środowiska? Sprawdźmy co mówi prof. dr hab. Henryk Gąsiorowski cytowany ustami Sławomira Gromadzkiego:

Trudno zrozumieć dlaczego nadal mówi się o szkodliwości płatków owsianych i wprowadza w błąd studentów medycyny? Najwyższa pora z tym skończyć! Płatki owsiane spożywane są z mlekiem i to ono stanowi problem, a nie związki fitynowe owsa. Solidni i ostrożni Niemcy zalecają dzieciom z wadami w budowie uzębienia podawanie odżywek z owsa w połączeniu z owocami. Gwarantuje to doskonałe rezultaty" ("ZDROWA ŻYWNOŚĆ", 4, 30).[iii]

No tak, już wiem! „Pij mleko, będziesz kaleką”. Zaraz, zaraz… chyba nie tak to szło. A może: „Pij mleko, będziesz wielki”. Eee, … coś tu się chyba nie zgadza.


A może sprawdźmy, co się mówi zagranicą. Sally Fallon z The Weston A Price Foundation (organizacja bardzo kontrowersyjna) idzie na całość. Nie dla niej półśrodki, zaleca najpierw zamordować płatki a dopiero potem je zjeść.
Zarówno moczenie płatków owsianych przez przez 16 godzin w temperaturze 77 stopni Fahrenheita przez 16 godzin, jak i ich kiełkowanie przez 3 dni w tej samej temperaturze  nie doprowadziło do żadnej redukcji kwasu fitynowego.
Płatki z kwasem to jednak niezłe kozaki. Ale Sally jest jeszcze większym kozakiem.

Jednakże kiełkowanie płatków przez pięć dni w temperaturze 52 stopni Fahrenheita a potem moczenie ich przez 17 godzin w temperaturze 120 stopni Fahrenheita usunęło 98 procent związków fitynowych.
Voila! Z płatków uszło życie. Teraz możemy zadać im coup de grâce i dobić niedobitki.

 Dodanie słodu żytniego ułatwi dalszą redukcję związków fitynowych. [iv]
Po dwóch godzinach spędzonych na przeszukiwaniu internetu nie mam pojęcia czy płatki owsiane są zdrowe, czy nie. Wiem za to, że siedzenie przed komputerem przez dwie godziny zdrowe nie jest. Kark mi zesztywniał, a oczy pieką. Wiedzy za to nie przybyło. Oczywiście internet to środowisko naturalne różnych samozwańczych autorytetów, naukowców z bożej łaski i ekspertów z własnego nadania. Jednak nawet przeglądając publikacje stricte naukowe, zaobserwowałam to samo – co naukowiec, to opinia. Poza tym czy to jest normalne, żeby czytać publikacje naukowe przed zjedzeniem płatków? I w taki to sposób zostałam wyznawczynią Michaela Pollana, o czym w następnej części.

środa, 16 stycznia 2013

pieczona kapusta włoska

Staram się jadać sezonowo, więc każda zima oznacza poszukiwania nowych  sposobów przygotowania kilku podstawowych warzyw, dostępnych o tej porze roku. Jest to dobre ćwiczenie kreatywności, bo przy tak niewielkiej ilości sezonowych warzyw, trzeba się mocno nagłówkować, żeby wymyślić coś ciekawego. Dziś bardzo prosty przepis na kapustę włoską pieczoną z parmezanem.  Pieczenie jest naprawdę łatwym i skutecznym sposobem wydobycia tego, co najlepsze z warzyw a dodatek parmezanu podnosi każdą potrawę o poziom wyżej.

PIECZONA KAPUSTA Z PARMEZANEM  

  • nieduża główka kapusty włoskiej
  • 3-4 łyżki oliwy
  • 4 - 5 łyżek startego parmezanu lub innego podobnego sera (grana padano, dziugas)
  • sól, grubo mielony pieprz
Kapustę szatkujemy na kawałki wielkości połowy pudełka od zapałek (usuwamy twarde części, gdyż nie upieką się w tym samym czasie co liście). Mieszamy z oliwą, solą i pieprzem. Wykładamy na blachę (nie musi być w jednej warstwie) i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 200 stopni. Pieczemy około 20 minut, mieszając ze dwa, trzy razy. Gdy kapusta jest już prawie gotowa, posypujemy ją parmezanem, dokładnie mieszamy i wstawiamy z powrotem do piekarnika na około 2 minuty. 


środa, 9 stycznia 2013

słodko-gorzko (dżem pomarańczowy)

Kolejny temat związany z kuchnią angielską, bo przecież orange marmalade (technicznie rzecz ujmując, to raczej galaretka pomarańczowa) to wymysł arcybrytyjski. Teraz jest to poniekąd produkt sezonowy, bo zdaje się, że styczeń, to szczyt sezonu pomarańczowego.

Jest wiele technik robienia dżemu pomarańczowego, tradycyjnie należy użyć gorzkich pomarańczy, ale w Polsce raczej trudno je zdobyć, więc użyłam innych odmian. Kolejnym odstępstwem od klasycznej receptury jest pominięcie paseczków skórki pomarańczowej, które dodaje się do dżemu - zamiast tego dodałam startą skórkę.

DŻEM POMARAŃCZOWY

  • 3 kg pomarańczy
  • 1,5 litra wody
  • 1 kg cukru
  • sok z 1 cytryny
Pomarańcze sparzamy wrzątkiem i ścieramy z nich skórkę (bez białych części). Kroimy każdą pomarańczę na pół i wyciskamy z nich sok. Następnie wywracamy połówki wyciśniętych pomarańczy na drugą stronę i ściągamy łyżeczką białe błonki oraz gromadzimy pestki. Pozwoli nam to wykorzystać naturalne pektyny zawarte w pomarańczach do zagęszczenia dżemu, tak żeby miał konsystencję galaretki.



Zawijamy je w gazę i umieszczamy w dużym garnku z sokiem i skórką pomarańczową (dobrze, żeby garnek był jak największy, wtedy będziemy mieć dużą powierzchnię parowania i dżem zrobi się szybciej). Wstawiamy na mały ogień i gotujemy ok 1,5 godziny aż ilość płynu zmniejszy się o połowę. Dosypujemy wtedy cukier, dodajemy sok z cytryny (jeśli dżem jest za słodki dodajemy więcej soku) i gotujemy do uzyskania pożądanej konsystencji. Stopień zgęstnienia dżemu sprawdzamy wylewając odrobinę dżemu na talerzyk - gdy wystygnie widzimy czy jest wystarczająco gęsty, czy musimy gotować dalej. Mnie zajęło to około 2 godzin, ale zazwyczaj nie trwa to aż tak długo.



Czekając aż dżem osiągnie właściwą konsystencję czytałam sobie Mapę i terytorium Houellebecq'a. Oczywiście ani Houellebecq, ani żaden z jego bohaterów nigdy nie splamiliby się czymś takim jak robienie dżemu, ale co tam - Houellebecq w oparach dżemu pomarańczowego, to jest to. Może gdyby autor Cząstek elementarnych czasem robił dżem nie cierpiał by na chroniczną depresję :).


A oto co powstało w czasie tego, jakże przyjemnego, wieczoru:








niedziela, 6 stycznia 2013

vegeburgery


Wspaniała alternatywa dla klasycznych hamburgerów. Nie jako substytut mięsa (nie jestem wegetarianką, więc nie szukam czegoś, co będzie smakować jak mięso, nie będąc mięsem), ale pyszne danie samo w sobie. Przepis pochodzi z książki Whitewater Cooks via blog Five Forty at Home. Jak widać na zdjęciu powyżej, ja zaserwowałam te vegeburgery jak klasyczne hamburgery, ale można pójść zdrowszą drogą i wybrać bułkę pełnoziarnistą domowej roboty i inne dodatki.

WHITEWATER VEGGIE BURGERS

  • 1 cebula
  • 1 ząbek czosnku
  • 1,5 szklanki czarnej fasoli z puszki (ja dałam czerwoną)
  • 1 szklanka pestek słonecznika, podprażonych
  • 0,5 szklanki migdałów, podprażonych
  • 2 szklanki płatków owsianych
  • 2 szklanki marchewki startej na tarce o grubych oczkach
  • 3 szklanki bułki tartej (u mnie wyszło ok 1,5 szklanki)
  • 0,5 szklanki posiekanej pietruszki lub kolendry
  • 0,5 szklanki sosu sojowego
  • 5 jajek
  • 2 łyżeczki oleju sezamowego
  • 1 łyżeczka oregano
  • 1 łyżka kminu rzymskiego
  • 1,5 łyżeczki chili
  • ewentualnie sól do smaku

Cała trudność tego przepisu polega na tym, żeby zmielić te wszystkie składniki na papkę. Technika mielenia/ miksowania/ścierania zależy od tego jakim sprzętem dysponujemy. Ja musiałam zmielić orzechy i pestki słonecznika w młynku do kawy, cebulę starłam na tarce a potem próbowałam zmielić resztę składników (oprócz bułki tartej) w swoim blenderze, który odmawiał współpracy. Gdy już mi się udało uzyskać w miarę jednolitą papkę (i przestałam bać się, że blender wyda ostatnie tchnienie), zagęściłam ją bułką tartą. Uformowałam kotleciki i podsmażyłam je na patelni, na oleju. Radzę usmażyć najpierw jeden mały kotlet i sprawdzić, czy nie trzeba dodać jakiś przypraw. 

vegeburger z cebulą i ogórkiem kiszonym

środa, 2 stycznia 2013

zupa porowa z cheddarem

Zupa ta, to moja próba odtworzenia angielskich klimatów kulinarnych. Dodatek sosu Worcestershire, musztardy w proszku i sera cheddar przywodzi na myśl Welsh rarebit. Musztardę w proszku można pominąć, zupa będzie bardziej łagodna, choć równie dobra. Na pewno nie można zastąpić angielskiej musztardy w proszku  zwykłą musztardą, smak będzie już zupełnie inny (musztarda angielska, jak dla mnie, ma wyraźny chrzanowy posmak, więc chrzan byłby o wiele lepszym zamiennikiem).



ZUPA POROWA Z CHEDDAREM W ANGIELSKIM KLIMACIE

  • 2 pory średniej wielkości (u mnie 360 g), pokrojone w półksiężyce
  • 1 mały lub średni ziemniak pokrojony w kostkę
  • 1 litr bulionu warzywnego (uwaga na sól, dodajemy ser, który jest słony)
  • 4 łyżki sosu Worcestershire
  • 2 łyżeczki musztardy angielskiej w proszku
  • 100 g cheddara startego na tarce o grubych oczkach
  • masło do smażenia warzyw (ok. 2 - 3 łyżki)
W garnku rozpuszczamy masło, wrzucamy pory i ziemniaka, smażymy na średnim ogniu ok 5 - 7 minut (warzywa nie mają się zrumienić, chodzi tylko o to, żeby wydobyć smak). Dodajemy musztardę i sos, mieszamy energicznie, gotujemy 1 minutę. Wlewamy bulion i gotujemy warzywa do miękkości. Zupę miksujemy w blenderze i ponownie zagotowujemy. Dodajemy ser i gotujemy dosłownie moment, do rozpuszczenia się sera. Podajemy z grzankami.




LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...