sobota, 16 lutego 2013

jak zniszczyć i tak niedopracowany przepis

Jakiś czas temu nabyłam książkę Michela Roux Ciasta, wydawnictwa Bellona. Będąc pod wielkim wrażeniem mistrza i jego rodziny postanowiłam upiec jedno z ciast, o których traktuje książka. Wybór padł na sernik pomarańczowy, zachwalany przez autora jako najlepszy, jaki w życiu jadł. W tym momencie problemy zaczęły się pojawiać  w tempie iście lawinowym.



  1. Przepis mówi o 350 g białego sera i 350 g twarożku. Czym się różni biały ser od twarożku? Czy twaróg to twarożek? Jak dla mnie, w kontekście polskim biały ser to twarożek. Od czego jest jednak internet? Na pewno ktoś już ten sernik piekł z oryginalnego przepisu w języku angielskim. Otóż okazało się, że jeden z serów to quark a drugi fromage frais. Ten pierwszy to odpowiednik polskiego twarogu (ale nie to samo co twaróg), a drugi przypomina serek homogenizowany (z raczej niską zawartością tłuszczu). W moim odczuciu, w tłumaczeniu tego przepisu należałoby podać polskie odpowiedniki, jak i oryginalne nazwy produktów. 
  2. Michel Roux każe dodać do masy serowej (dość płynnej) sok z czterech pomarańczy. Objętościowo ilość soku może być różna, ale średnio wyjdzie około szklanki. Nie wiem jakich pomarańczy używał autor, ale gdybym ja dodała szklankę soku, to wyszedłby co najwyżej kisiel o smaku sernikowym. Przepis jest ewidentnie niedopracowany lub zawiera błąd. Zdaję sobie sprawę, że w pieczeniu nie da się precyzyjnie określić ilości składników (mąka ma różną wilgotność, ludzie używają różnego rodzaju składników, itd), ale ta ilość soku to jest po prostu błąd.
  3. Będąc już nieco zirytowana tym przepisem rzuciłam swym krytycznym okiem na tytuł książki. Ciasta: pikantne i słodkie. Po angielsku: Pastry. Savoury&Sweet. Savoury to wytrawne, nie pikantne, moim zdaniem. Szybko spojrzałam do słownika języka polskiego, bo może mylę się co do znaczenia słowa pikantny (sprawdzanie rzeczy oczywistych to podstawa, już nie raz rezultaty mnie zadziwiły). Pikantny to jednak ostry, podobny do pieprzu. Pikantne mogą być też historyjki. W żadnym razie ciasta, które nie palą w podniebienie.

Zastanawia mnie w jaki sposób pracuje się nad tłumaczeniem, a później nad redakcją książki. Czy wydawnictwo nie mogło zatrudnić kogoś, kto by przeczytał tę książkę przed jej wydaniem? Wiadomo, jest kryzys, może nie od razu redaktora, może zdolny uczeń szkoły gastronomicznej przejrzałby te przepisy (umowa o dzieło, no nie wiem jakie są stawki, 50 gr za stronę?)
Postuluję też, żeby wydawnictwa miały obowiązek zapewnić tłumaczowi dostęp do Wikipedii. Można tam sprawdzić co to jest quark, fromage frais, a także znaleźć wiele innych, ciekawych informacji, które pomogą rozjaśnić mroki przepisów.

Sernik upiekłam. Przeciętny. Grudkowaty w smaku, bo z tego wszystkiego nie zmieliłam twarogu. Twarożku. Quarka. Whatever. 


5 komentarzy:

  1. Przypomniałam sobie o Twoim wpisie bo niedawano nabyłam książki M. Roux. W weekend zrobiłam pizze (uproszczoną). Stwierdzam, że 20g soli na tę porcję ciasta to zdecydowanie za dużo... ale może innej soli używał?

    Co do tłumaczeń książek. Dla mnie szczytem jest książka z przepisami dodana do mojego piekarnika. Niestety z pamięci nie zacytuję, ale śmieszna jest:) Tłumaczenie jest tak fatalne, że od razu wiem, na co się decyduję, gorzej jak sprawia wrażenie profesjonalnego a tylko od czasu do czasu kryją się kruczki...
    Trochę trwało nim moja wiedza kulinarna dotarła do takiego etapu, że zrozumiałam jak muszę uważać na tłumaczenie i na "inność" składników w różnych regionach. Chyba szczególnie mleczne przetwórstwo tak bardzo się różni i powoduje tak wiele "niewypałów". Zawsze mam problemy z serem i śmietaną. Jaki procent tłuszczu? Jaka konsystencja? Słodka/kwaśna?

    Załóżmy, że w przepisie jest serek philadelphia. Jeżeli książka była tłumaczona w czasach gdy ten ser był w polskich sklepach niedostępny lub nieznany to przecież można napisać nazwę produktu oryginalnego i wyjaśnić, że to serek o takiej czy innej konsystencji, takim smaku, najlepiej napisać po prostu skład i dodać, po konsultacji z cukiernikiem, że można go zastąpić np. gęstym miałko zmielonym twarogiem a może mascarpone albo serkiem homogenizowanym i dodać skrobi, szczyptę soli itd. Tymczasem tłumacze autorytatywnie zamieniają sobie składnik nie licząc się, że po pierwsze za kilka lat Philadelphia będzie w każdym sklepie a po drugie pozwolić nam wybrać czy zdecydujemy się na próbę z zamiennikami i z jakimi.

    OdpowiedzUsuń
  2. 1. Nie wydaje mi się, żeby różne rodzaje soli aż tak bardzo różniły się "słonością". Wypróbowałam już różne i są mniej więcej tak samo słone - poza tym nie sądzę, żeby akurat do ciasta na pizzę używał jakiejś wyjątkowej soli.
    Kiedyś nawet rozmawiałam ze znajomymi na temat wydawnictw i okazuje się, że w większości dominuje tendencja do cięcia kosztów (na korekcie, redakcji,tłumaczeniach itd), co powoduje znaczne obniżenie jakości książek. Sama mam czasem ochotę wysłać takim wydawnictwom ich "produkty" jako wybrakowane i żądać zwrotu pieniędzy. Nie wiem czy czytałaś mój wpis o "Francuzkach na każdy sezon" - to dopiero jest cudo. http://http://o-smaku.blogspot.com/2013/03/mocna-rzecz.html

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. Czytałam...

    Przypomniał mi się jeszcze jeden przypadek. W książce Gotuj z Oliverem (Jamiego) wszędzie jest kminek. Wydawało mi się to bardzo podejrzane no i na jednej z ostatnich stron z opisem przypraw są zdjęcia podpisanych słoiczków z przyprawami i na jednym oczywiście cumin... Książka tłumaczona w 2008 roku.

    A może tak jak są pasjonaci i ochotnicy rozwijania Linuxa czy tworzenia Wikipedii tak samo znaleźliby się chętni pasjonaci kulinarni, którzy za darmo przetłumaczyliby lub zweryfikowali przepisy, szczególnie tych wielkich autorów. Np. akcja dla bloggerów, że za przetłumaczony przepis, czy dwa (a może i wypróbowanie) dostajesz od wydawnictwa książkę... przy okazji reklama książki na blogu itd:)
    Mogłyby też być strony z erratami: znajduję błąd to umieszczam wpis albo przynajmniej kontaktuję się z tłumaczem i on decyduje czy mam rację. Na taka stronę każdy mógłby zajrzeć i nanieść u siebie poprawkę. Bo inaczej, tak jak pisałaś, mam produkt niepełnowartościowy, który w dodatku generuje koszty np. nieudanych wypieków.

    OdpowiedzUsuń
  5. Super pomysł, tylko nie wiem czy akurat wydawnictwa by się ucieszyły. Ja napisałam raz nawet maila (bardzo uprzejmego) do pewnego wydawnictwa z listą błędów w książce przez nich wydanej, ale nie dostałam żadnej odpowiedzi.

    OdpowiedzUsuń

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...