sobota, 3 sierpnia 2013

W Paryżu dzieci nie grymaszą


W Paryżu dzieci nie grymaszą (French Children Don’t Throw Food) Pameli Druckerman to książka podobna do French Kids Eat Everything autorstwa Karen LeBillon. Obydwie pozycje to zasadniczo porównanie dwóch systemów wychowawczych – amerykańskiego/kanadyjskiego i francuskiego napisane przez Amerykankę i Kanadyjkę, które się do Francji przeprowadziły i wychowywały tam dzieci. O ile LeBillon skupia się tylko na analizie zwyczajów żywieniowych dwóch kultur, o tyle Pamela Druckerman porównuje jeszcze kilka innych zagadnień wychowawczych (autorytet rodzicielski, francuski system żłobków i przedszkoli, godzenie pracy zawodowej matek z wychowywaniem dzieci czy różnice w zaleceniach lekarzy w okresie ciąży). Obydwie książki są zabawne, lekko napisane, więc czyta się je szybko i z przyjemnością.
Nigdy we Francji nie mieszkałam, wiec nie wiem na ile to, co piszą te autorki jest prawdziwe. Druckerman została mocno skrytykowana za to, że jej wizja francuskiej rzeczywistości mocno rozmija się z prawdą (można o tym przeczytać na blogach Franglaise Mummy i Liz Garrigan) – według niektórych bicie dzieci po twarzy, ignorowanie ich żywotnych potrzeb czy emocjonalny chłód są we Francji na porządku dziennym. Podobno francuskie wychowanie, a w szczególności francuska szkoła zabija kreatywność i podkopuje poczucie własnej wartości, o czym tutaj. Druckerman zaznacza, że opisuje środowisko które zna, czyli paryską klasę średnią, może w innych grupach społecznych jest inaczej.

Ja chciałam się jednak skupić na sferze kultury  kulinarnej i dorzucić do tego moje osobiste obserwacje z postępów mojej szesnatomiesięcznej córki w samodzielnym jedzeniu. Nie napotkałam jeszcze na krytykę francuskiego stylu żywienia, nawet najbardziej zatwardziali przeciwnicy wychowywania à la française przyznają, że ma on wiele zalet. Niepodważalnymi zasadami (le cadre) są stałe godziny posiłków, jedzenie wyłącznie przy stole, nie podjadanie między posiłkami, proponowanie dzieciom możliwie jak najbardziej zróżnicowanej diety. Więcej o francuskich zasadach żywieniowych pisałam w zalinkowanym już poście o French Kids Eat Everything. A swoją drogą, jak daleko od normalnego żywienia i tak naprawdę zdrowego rozsądku odeszła większość krajów zachodnich, jeśli powstają książki, w których jedzenie śniadania, obiadu i kolacji staje się odkryciem Ameryki a informacja, że należy jeść zbilansowane posiłki wynosi takie książki na szczyty list bestsellerów.

Sama mając małe dziecko stosuje jakąś wypadkową tych francuskich zasad i BLW. Na przykładzie mojej córki mogę stwierdzić, że sprawdzają się one znakomicie – mała je bardzo dużo różnych rzeczy, czym zawsze budzi zdziwienie na imprezach rodzinnych czy spotkaniach z moimi znajomymi. Zauważam również, że im starsza się staje, tym bardziej zamienia się w inżyniera Mamonia i lubi tylko to, co już zna, więc trzeba się spieszyć z wprowadzaniem nowych rzeczy, bo naprawdę im później tym trudniej. Jeśli czegoś nie lubi, podaję tę rzecz kilka razy w różnych formach – czyli jeśli dajmy na to nie lubi fasolki raz podaję ją z bułką tartą, raz w zupie, raz smażoną z czosnkiem i cebulą, itd. Druckerman podkreśla, że często trzeba dziecku proponować nielubiany składnik nawet kilkanaście razy. Przytacza pewien eksperyment przeprowadzony przez krytyka kulinarnego Jeffrey’a Steingartena. Postanowił on sprawdzić czy możliwe jest polubienie jedzenia, które nas dotychczas obrzydzało. Takimi potrawami lub produktami były dla niego między innymi: desery w hinduskich restauracjach, kimchi, smalec, czy koper. Od momentu rozpoczęcia eksperymentu co najmniej raz dziennie jadł jeden ze znienawidzonych przez siebie produktów. Po sześciu miesiącach polubił wszystkie rzeczy, których wcześniej nie znosił (oprócz hinduskich deserów), a kimchi stała się jednym z jego ulubionych specjałów. 
Kolejną rzeczą, która zadziwia Druckerman jest fakt, że francuskie dzieci nie robią bałaganu przy jedzeniu, np. opisując posiłek w żłobku podkreśla, że jedzące go dzieci  prawie w ogóle nie pobrudziły podłogi. Ja trzymam się tutaj bardziej BLW i pozwalam córce bawić się jedzeniem, dotykać je, badać fakturę (ale oczywiście w granicach rozsądku, rzucanie talerzami, choć tak fajnie latają,  nie wchodzi w grę), więc trochę brudu mam – mi to nie przeszkadza, nabrałam już wprawy w szybkim sprzątaniu po każdym posiłku. 
Na pewno te zasady nie sprawiają, że dziecko je jakoś szczególnie dużo – moja córka często tylko poskubie, choć zdarza się, że pałaszuje wszystko co jest na stole, więc chyba w dłuższej perspektywie czasowej jakąś równowagę intuicyjnie zachowuje.

Jeśli ktoś szuka porad jak żywić dziecko to mogę szczerze polecić W Paryżu dzieci nie grymaszą. Warto również zaznajomić się z  French Kids Eat Everything, (która chyba nie jest jeszcze przetłumaczona na polski) i oczywiście Bobas Lubi Wybór  Gill Rapley i Tracy Murkett. Oczywiście można wybrać sobie tylko pewne zasady, które nam pasują, w końcu jedzenie to ma być przyjemność. Jeśli ktoś waha się czy kupić książkę Pameli Druckerman, polecam ten wywiad – jest to w zasadzie streszczenie tego co pojawia się w książce, można więc wyrobić sobie jakieś pojęcie na temat samej książki.

4 komentarze:

  1. Jak zwykle ciekawy wpis. Już zaczęłam go wdrażać:) Oby coś to dało bo z metody BLW został tylko ogromny bałagan. Zabawa jedzeniem jest przednia i wiele ciekawsza od jedzenia:)

    Przypomniałaś mi też moją wizytę we Francji sprzed wielu lat. Mieszkałam kiedyś kilka dni ze znajomymi u pewnej Francuski. Przygotowując kolację wyciągała przeróżne sery, wędliny, robiła sałatki. Ja akurat jestem prawie-wszystko-jadkiem ale moi ówcześni znajomi: tego nie lubią, tego też nie, tego nie spróbują. Patrzyła na nas z wielkim zdziwieniem. A jak on jadła! Z pasją, niemal z okrzykami zachwytu, czyszcząc bagietką salaterkę po sałacie na błysk...

    OdpowiedzUsuń
  2. Szkoda, że z BLW nic nie wyszło, ale jak to zwykle bywa, trzeba sobie te wszystkie teorie przetestować i sprawdzić czy nam odpowiadają (w całości albo częściowo). Poza tym cierpliwość jest chyba najważniejsza, bo u mnie też nie jest tak, że moja córka grzecznie siedzi przy stole o wyznaczonych porach i z radością zjada wszystko co na talerzu:). Ale cały czas się staram, bo jak patrzę na dzieci niektórych znajomych, które nie jedzą tego, nie lubią tamtego albo gdy widzę jak znajomy czterolatek jest karmiony przez mamę na zmianę z babcią(łącznie z: "jeszcze tylko pięć łyżek czy "musisz zjeść wszystko bo nie będziesz miał siły pływać na basenie i zostaniesz w domu") a potem po skubnięciu obiadu zjada wielką porcję słodyczy, to wiem, że to nie dla mnie.
    Mam nadzieję, że uda mi się nauczyć moją córkę jak jeść, ale nie zawsze jest to łatwe.
    Ja też jestem raczej wszystkożerna i dziwi mnie jak niektórzy dorośli ludzie wybrzydzają przy jedzeniu, gorzej niż dzieci :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie powiem, że od początku stosowałam BLW bo poznałam tę metodę późno. Po moich przebojach z jedzeniem byłam sceptyczna (jak zwykle:)) no ale postanowiłam wprowadzić kilka zasad: pozwolić dziecku przy stole na zabawę, badanie, dotykanie, stawiałam różne rzeczy żeby mógł oglądać, próbować ale kończyło się tylko na zabawie. Moje dziecko w ogóle nigdy samo z siebie nie miało potrzeby i ochoty wkładać czegokolwiek od ust: próbować, smakować. W ogóle był nietypowy pod tym względem: np. nie doświadczyłam problemów innych mam, których dzieci zjadają wszystko z podłogi:) Nic nie musiałam przed nim chować:)
    Z moich obserwacji wynika, że muszą być już wcześniej jakieś uwarunkowania. Jak np. wytłumaczyć fakt, że w tej samej rodzinie przy identycznym jedzeniu i podejściu do jedzenia jedno dziecko je wszytko (ja:)) a pozostała dwójka prawie nic (w moje ocenie:) )
    Albo moje dziecko, które miało kilka miesięcy (na BLW za wcześnie) i gehenna z próbą podania mu mleka modyfikowanego. Uparcie wierzyłam, że musi się udać mając właśnie to przekonanie, że człowiek się przyzwyczaja do smaków. Smarowałam mlekiem usta, wkładałam umaczany w mleku palec bądź smoczek żeby po kilkunastu dniach w końcu zaakceptował smak. To był w ogóle cud bo nawet nie wiedziałam, że wkrótce wezmę antybiotyk i będzie musiał przejść na modyfikowane. Potem była zmiana mleka i znowu to samo... inne dzieci czasem się skrzywią i tyle.
    Twój wpis przypomniał, mi, że mimo iż ma kilka akceptowalnych smaków muszę nadal walczyć konsekwentnie i uparcie o kolejne... Niestety on też uparcie odmawia:) Przy 2 latku byłam bezsilna na szczęście 3 latka można czasami przekupić:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Masz rację, każde dziecko dziecko ma jakieś wrodzone predyspozycje - u mnie było akurat na odwrót niż u Ciebie w kwestii mleka modyfikowanego - mała przeszła na nie bez najmniejszego problemu w wieku 8 m-cy. Jedzenie z podłogi smakuje sto razy lepiej niż z talerza, a już na dworze to można znaleźć tyle fajnych rzeczy do zjedzenia, że nie wiadomo czego spróbować najpierw :)
    Kiedyś jadła spokojnie na swoim krzesełku, ale odkąd stała się bardziej mobilna, nie może usiedzieć w jednym miejscu, więc czasem odpuszczam i biega z jedzeniem po domu, bo nie chce mi się walczyć. Mam nadzieję, że to tylko taka przejściowa faza i niedługo z tego wyrośnie, więc staram się nie pozwalać na takie zachowanie, żeby się nie przyzwyczaiła.

    Gdzieś tam czytałam, że niechęć dzieci do próbowania czegoś nowego bierze się stąd, że dwu-, trzylatek może się już oddalić samodzielnie od rodziców i zjeść coś trującego, więc ta niechęć jest naturalnym mechanizmem ukształtowanym w toku ewolucji, zwiększającym szansę na przeżycie. Oczywiście żyjemy w innych czasach i szanse, że nasze dziecko zje w dżungli jakąś trującą roślinę są bliskie zeru, ale to naturalne zabezpieczenie przed zatruciem nadal działa. Może coś w tym jest.

    OdpowiedzUsuń

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...