czwartek, 31 grudnia 2015

dyniowa zupa z chlebem; boskie whole food

Grudzień był dla mnie niezwykle męczącym miesiącem. Z nieodłączną dwójką małych dzieci biegałam po mieście załatwiając kilka bardzo ważnych spraw, podczas gdy mąż niemal zamieszkał w pracy. 

Jedzenie zeszło na dalszy plan. Sucha bułka, zjedzona w biegu, pizza na obiad, parówki na śniadanie,  w burgerowni frytki dla dzieci i burger dla mnie, kupne słodycze na deser.

Ubierając się rano szukam jakiś luźniejszych spodni. O dziesiątej w nocy mam nagle nieodpartą ochotę na chipsy. Nie polecę do sklepu, jestem za bardzo zmęczona, zapycham się więc grzankami z masłem. O dziesiątej rano czuję się bardzo słaba - jedynie kawa i czekolada mleczna mogą mnie postawić na nogi. 
Szukam jeszcze luźniejszych spodni, może gdzieś jeszcze mam te z początków ciąży.

Dziwię się temu tyciu, bo jestem osobą, która nie tyje, niezależnie od tego co je. No tak, tylko ja zazwyczaj jem jedzenie domowe. Często jem tłusto (masło to u mnie artykuł pierwszej potrzeby), niemal codziennie coś słodkiego na deser. Tylko zawsze sama przygotowuje wszystkie posiłki. A oprócz masła i słodyczy zjadam mnóstwo warzyw, kasz, orzechów i innych NORMALNYCH rzeczy. Do tego staram się kupować produkty  wysokiej jakości. Język angielski ma określenie na ten typ żywności - whole food. Więcej o whole food można poczytać tutaj (po angielsku). Najkrócej rzecz ujmując chodzi po prostu o żywność nieprzetworzoną lub przetworzona w minimalnym stopniu.

Pod koniec grudnia mam trochę więcej czasu i zaczynam NORMALNIE gotować. Kończą się zachcianki. Czuję się lżej. Dzieci się trochę buntują, bo miesiąc jedzenia frytek, czekoladek i pizzy robi swoje. 

Z zamrażalnika wyciągam puree dyniowe. Przypominam sobie przepis z książki Davida Lebovitza na zupę dyniową. Nie wyszła mi gdy robiłam ją pierwszy raz, ale pamiętam, że miała potencjał. Przerabiam przepis - wychodzi coś zupełnie innego, ale jest bardzo smaczne. 

Duża w tym zasługa płatków drożdżowych. Miałam kiedyś jakieś płatki drożdżowe, ale mnie nie zachwyciły. Odkąd jednak siostra dała mi płatki Engevita stałam się ich fanką do tego stopnia, że podjadam je same. Dodaję je tam, gdzie tylko się da. Jeśli nie mamy płatków drożdżowych, wystarczy dodać do zupy starty parmezan. Nieco inny efekt, ale też więcej niż zadowalający. 


wtorek, 22 grudnia 2015

słonecznikowa sałatka

Tego lata często jeździliśmy z dziećmi, nie tylko swoimi, na wycieczki. Okazało się, że gdy się zwiedza świat z małymi dziećmi, największą atrakcją turystyczną są place zabaw. W pewnej miejscowości, której nazwy już nie pamiętam, poszliśmy, a jakże, na plac zabaw. Nasze dzieci podejrzliwie łypały spod oka na dwójkę dzieci w piaskownicy i zazdrośnie strzegły swoich wiaderek i łopatek (tak, podróżowaliśmy z podręcznym zestawem łopatek i wiaderek). Ja jako osoba dojrzała i kulturalna (a przynajmniej pragnąca za taką uchodzić) zamiast groźnie mierzyć wzrokiem lokalsów wdałam się w miłą pogawędkę z dziadkami owych dzieci. Zapytałam się tych starszych państwa, gdzie tu można dobrze zjeść. Pani z niezwykła pewnością poleciła pewien bar za stacją benzynową. Wszystko jest tam świeże, i smaczne a porcje tak duże, że przejeść nie można. No i ceny są przystępne. Jak ktoś zamawia katering, to tylko tam.

Zabraliśmy więc dzieci, łopatki i wiaderka i udaliśmy się pod wskazany adres. Złożyliśmy zamówienie. Ja wybrałam knyszę z warzywami, pod których ciężarem ugięły mi się ręce.
Mąż na talerzu wielkości koła młyńskiego otrzymał górę frytek zwieńczoną imponujących rozmiarów kotletem, z którego spływał ser żółty w ilości wystarczającej na przygotowania małego fondue. Całość przyozdabiał bukiet surówek, który wystarczyłby dla kilku wygłodniałych jaroszy. A wisienką na torcie było małe wiaderko sosu czosnkowego do polania całości. 
Dla mojego męża był to przełomowy dzień, który uświadomił mu jego ograniczenia - pierwszy raz w życiu zostawił mięso na talerzu. Cóż, od początku obrał złą strategię - zamiast najpierw rozprawić się z kotletem, a potem zaatakować frytki i ewentualnie bukiet (surówek), próbował zjeść wszystko na raz. Ten to strategiczny błąd doprowadził w rezultacie do porażki i to pomimo wsparcia z mojej strony - cały czas podjadałam frytki z jego talerza.

Od razu zrozumieliśmy dlaczego lokal cieszy się taką sławą wśród mieszkańców. Menu zostało dostosowane do gustów lokalnej społeczności, jedzenie naprawdę było świeże, w przystępnych cenach i w dużych ilościach.

Nie da się jednak, psiakrew, zadowolić wszystkich. Ja wolę słonecznikowa sałatkę, zupełnie niedostosowaną do gustów lokalnej społeczności. Świeżą co prawda, ale relatywnie drogą (kilogram wyłuskane słonecznika kosztuje więcej niż kilogram piersi kurczaka) i w stosunkowo małej ilości.



*Dzieci zjadły jakiś promil ogromnej pizzy, którą sobie zamówiły. Kolejni, którzy nie docenili gigantycznych rozmiarów posiłku, a do tego w przystępnej cenie.
**Mężowi dodałam do poniższej sałatki grillowaną pierś kurczaka, która była zaledwie cieniem cienia potężnego kotleta w pamiętnym lokalu.
***Sałatki w tym stylu pokazywane wcześniej na blogu:




sobota, 19 grudnia 2015

jarmużowe kopytka

Nigdy nie lubiłam kopytek, jakoś nie przemawiały do mnie wielkie gumowate kluchy polane ciężkim mięsnym sosem. Takie danie to zdecydowanie nie moja bajka. Jednak gdy mąż zamówił sobie w restauracji dyniowe gnochi, podane w bardzo ciekawy sposób, nie mogłam się oprzeć i skubnęłam mu parę z talerza. Okazało się, że jednak lubię kopytka. Jak zwykle, każde danie może być dobre, pod warunkiem, że zabierze się za nie zdolny kucharz.

Pomysł na kopytka z jarmużem znalazłam w tamtym roku u Mątewki. Jednak zamiast robić kopytka, smażyłam masę ziemniaczano-jarmużową w formie kotlecików (polecam!). A ponieważ często przygotowywałam pesto jarmużowe, zaczęłam je dodawać do kotletów zamiast samego jarmużu. W tym roku pierwszy raz w życiu zrobiłam kopytka. W takiej wersji nawet ja je polubiłam.


czwartek, 10 grudnia 2015

orzechowa sałatka ze szpinakiem, ogórkiem i granatem

Po prostu musiałam go kupić!
Już od jakiegoś czasu znajduję się w szponach olejowego nałogu polegającego na kupowaniu niezliczonych butelek płynnego złota (że się tak poetycko wyrażę).  

Okazuje się, że olej można wycisnąć prawie ze wszystkiego, w związku z czym moja kolekcja ciągle się powiększa. Niektóre trzymam w lodówce, inne w szafce, jeszcze inne na blacie, bo butelka nie mieści się w szafce. 

Tego dnia w zasadzie szukałam prezentów mikołajowych dla dzieci, ale jakoś mój wzrok przykuła butelka oleju z orzechów laskowych. Poczułam pewien dyskomfort na myśl, że znowu wydam pieniądze na kolejny olej, ale  szybko wytłumaczyłam sobie, że ten olej na pewno cały zużyję (w przeciwieństwie do zalegającego w lodówce bardzo zdrowego oleju lnianego), bo jak tu nie lubić oleju z orzechów laskowych. Tym razem mój impulsywny zakup nie był wyrzuceniem pieniędzy w błoto, bo zużyłam już tak nieco ponad połowę butelki. I właściwie tylko do robienia dressingu do poniższej sałatki. 

A tak na marginesie - do twarzy używam olejku z róży. 


niedziela, 6 grudnia 2015

ekstrakt ze zużytych lasek wanilii

Wyrzucanie zużytych lasek wanilii to bardzo zły pomysł, ponieważ, pomimo braku wydłubanego miąższu, mają nadal bardzo wiele do zaoferowania. Ciągle są bardzo aromatyczne, o czym łatwo się przekonać, gdy je powąchamy. Zamiast je wyrzucać lekką ręką, wykorzystajmy je do przygotowania domowego ekstraktu waniliowego. Wystarczy drobno je pokroić, zalać wódką i odczekać  dwa tygodnie. Po tym czasie nasz ekstrakt będzie równie mocny, jak ten przygotowany z całych lasek wanilii. Oczywiście do przygotowania ekstraktu musimy dać więcej zużytych lasek niż świeżych, ale efekt jest ten sam. Dużo zależy od rodzaju wanilii, jeśli uzyskany ekstrakt będzie zbyt słaby, możemy dołożyć do niego więcej zużytych lasek. Ja zbieram sobie laski przez jakiś czas, bo wiadomo, że sześciu nie wykorzystam za jednym razem - trzymam je w szklanych fiolkach, w których je kupiłam. Tak przechowywane zachowują aromat.


czwartek, 3 grudnia 2015

smoothie z nerkowców i pomarańczy

W zasadzie wszystkie smoothie, które bazują na mleku roślinnym i bananach smakują bardzo podobnie. Tej jesieni wypróbowałam już wiele koktajlowych kombinacji: z puree dyniowym, z mango, z kakao, ze szpinakiem. Za każdym razem smakują mi tak bardzo, że wypijam wszystko do dna.

Podobnie mogłabym opisać  skandynawskie kryminały: w zasadzie wszystkie skandynawskie kryminały są do siebie bardzo podobne. Mają jakiś charakterystyczny klimat, który świetnie koresponduje z ponurymi późnojesiennymi dniami. Za każdym razem, gdy zaczynam jakiś czytać, nie mogę się oderwać, póki nie skończę. 

Ta przewidywalność w obu przypadkach wcale a wcale mi nie przeszkadza, wręcz przeciwnie. Za każdym razem gdy wrzucam do blendera banany i wlewam mleko wiem, że będzie dobrze.  Za każdym razem, gdy wyciągam się na kanapie z kryminałem w ręku wiem, że będzie przyjemnie.


czwartek, 26 listopada 2015

sałatka z bulgurem, pomarańczą, oliwkami i cebulą

Jakoś tak od wakacji namiętnie tworzę sałatki. Takie nowe hobby, umilające mi życie. Sałatki zawsze są barokowo rozbudowane i zawsze wegańskie - składniki, zaczerpnięte z różnych tradycji kulinarnych, nie zawsze wydają się do siebie pasować. Oczywiście to tylko bardzo mylne pierwsze wrażenie. Żaden składnik nie znalazł się na talerzu przypadkiem - po przetestowaniu wielu różnych kombinacji, ostateczna wersja jest precyzyjnie dopracowana, i w moim odczuciu najwłaściwsza. Bardzo mnie to komponowanie sałatek wciągnęło, czasem myślę, że za bardzo, bo jedzenie jednej sałatki w dziesięciu wersjach jest nieco męczące i monotonne. Jednak gdy poszukiwania smaku idealnego kończą się sukcesem, odczuwam satysfakcję, która wynagradza wszystko. Dlatego bardzo polecam stawianie sobie realistycznych wyzwań w życiu. Poczucie satysfakcji jest bezcenne.



sobota, 21 listopada 2015

pyszne, wilgotne ciasto dyniowe bez jajek i masła

Kolejne wegańskie ciasto na moim blogu. A ja cały czas nie mogę przestać się dziwić, że ciasta pieczone bez masła i jajek mogą smakować tak dobrze. To smakuje trochę jak piernik, przypomina go nawet kolorem. 



CIASTO DYNIOWE WEGAŃSKIE
przepis oryginalny tutaj
przepis na małą keksówkę o wymiarach ok. 25 cm na 10 cm

  • 200 g puree z dyni hokkaido (puree ma być gęste, nie wodniste)
  • 220 g mąki pszennej
  • 70 g cukru
  • 1/2 szkl. oleju
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 2 łyżki syropu klonowego - zamiast niego można użyć golden syrup lub miodu w wersji niewegańskiej
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • po 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej, goździków i imbiru (suszonego)
W  misce mieszamy suche składniki: mąkę, cukier, sól, proszek do pieczenia, sodę i przyprawy. W drugiej misce mieszamy puree z dyni, olej i syrop klonowy. Następnie dodajemy mokre składniki do suchych i dokładnie mieszamy. Przekładamy do keksówki wyłożonej papierem do pieczenia i pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni C przez ok. 1 godz. - 1 godz. 20 min. lub do suchego patyczka. Wyciągamy z piekarnika, zostawiamy ciasto w formie przez 20 min., a następnie przekładamy je na kratkę do pieczenia i studzimy. 



środa, 18 listopada 2015

krem z mascarpone, miodem i wanilią; life goes on

Coraz krótsze i ciemniejsze dni mijają szybko.
Mój zwykły dzień jest bardzo podobny tak do poprzedniego, jak i do następnego.
Nieco zbyt nerwowe poranki - zakładanie kurtek i czapek, wiązanie szalików, sprzątanie po śniadaniu.
We trójkę idziemy do przedszkola - starsza córka zostaje, młodsza wychodzi ze mną.
Już we dwójkę robimy zakupy, karmimy kaczki, czasem porozmawiam z inną znajomą mamą albo robię zdjęcia.
Nie brakuje mi pracy, nie nudzi mi się.


sobota, 14 listopada 2015

pięciominutowe ciasto bananowe; szara jesień; spacery i powroty

Sama nie wiem, co sprawia mi większą przyjemność:
jesienne spacery w scenerii jak z Wichrowych Wzgórz czy powroty do domu, gdzie czeka ciasto.



Trudno mi wybrać czy wolę zapach wilgotnej ziemi i gnijących liści, czy słodki aromat pieczonych bananów. Na szczęście nie muszę wybierać.

środa, 11 listopada 2015

gofry dyniowe (bardzo jesienne)



Szukając przepisu na gofry dyniowe, trafiłam na blog w całości poświęcony gofrom dyniowym. Tak, oczy Was nie mylą - blog tylko i wyłącznie o gofrach dyniowych. To się nazywa specjalizacja! 

sobota, 7 listopada 2015

zupa z cukinii i szpinaku w tajskim stylu

Spacery i zupy, podstawowe punkty programu dnia, gdy żyje się z dwójką małych dzieci. Świetnie się ze sobą łączą - dzieci lubią wychodzić na dwór, spacery zaostrzają apetyt, a wtedy dobra zupa jest jak znalazł. Lubię spacery i lubię zupy - nigdy mi się nie nudzą, bo ciągle wymyślam nowe trasy i nowe receptury. O ile moje córki chętnie  poznają nowe miejsca, o tyle wybierają ciągle te same rzeczy do jedzenia. Gotuję więc do znudzenia rosół, pomidorową, ogórkową i barszcz. A gdy już nie mogę po raz kolejny zjeść rosołu lub barszczu, gotuję sobie drugi garnek zupy, tylko dla siebie (bo mąż, tak jak dzieci lubi to, co już zna). Na przykład zupę z cukinii w tajskim stylu, którą wypatrzyłam na tym blogu


środa, 4 listopada 2015

banalnie prosty majonez bez jajek (wegański)

Kto by przypuszczał, że zrobienie majonezu może być takie proste. Wystarczy dosłownie minuta by  zamienić w blenderze mleko sojowe, olej i kilka przypraw w słoiczek pysznego domowego majonezu. A co najważniejsze - nie trzeba wlewać oleju po kropelce!

Smakuje prawie tak, jak ten robiony na żółtkach. Ja lubię majonez mocno doprawiony octem i musztardą i w takiej wersji jest niemal nieodróżnialny od tradycyjnego. 

Do zrobienia tego majonezu używam mleka sojowego słodzonego, bo i tak musiałabym dodać do majonezu cukier, żeby zrównoważyć sporą ilość octu. Jeśli ktoś unika cukru, może zrobić ten majonez z mleka sojowego niesłodzonego.

I jeszcze sprawa koloru - majonez bez żółtek  będzie bielszy niż ten z jajek. Jeśli chcemy nadać mu ładny kolor, wystarczy dodać do niego odrobinę kurkumy lub szafranu (roztartego i rozpuszczonego w odrobinie wody). Szafran lub kurkumę dodajemy po trochu, żeby nie dać tych przypraw na tyle dużo, by zmieniły smak majonezu. 


piątek, 30 października 2015

czekoladki z karmelizowanym sezamem

Dzisiaj zrozumiałam na czym polega foodporn (w wersji polskiej gastroporno, więcej można na ten temat poczytać tutaj, ale po angielsku). Podczas przeglądania zdjęć, które chciałam umieścić w tym poście po prostu musiałam zjeść czekoladki z fotografi, które miałam przed oczami. Kusiły mnie, wywoływały ślinotok, wołały: Zjedz nas!. Oczywiście te czekoladki, których nie pożarłam w trakcie robienia zdjęć...



środa, 28 października 2015

lazania z borowikami; scenariusz nowego filmu

Drugi scenariusz filmowy na blogu (pierwszy tutaj). Tym razem kręcę film Wielkie żarcie lazanii


Czas akcji: niedziela, 25 października 2015 roku, późne popołudnie

Miejsce akcji: mieszkanie na blokowisku we Wrocławiu
Scenografia: niestarannie wyprasowany biały obrus, świeczki, zielone bawełniane serwetki, błyszczące sztućce, wysokie kieliszki na wino.
W roli głównej: boska ONA - lazania z borowikami. Tym razem odpowiednio doprawiona pieprzem, gałką muszkatołową i tymiankiem - nie jest mdła, ale subtelna i wykwintna. Aksamitna i delikatna.
Czarne charaktery: dwie małe dziewczynki wygrzebujące borowiki z lazanii, ocierające brudne palce o biały obrus i zajadające się samym makaronem. Z obrzydzeniem plują  mikroskopijnymi kawałkami grzybów, które przylepiły się do makaronu. 
Postacie drugoplanowe: Dwójka dorosłych, kobieta i mężczyzna, starający się delektować lazanią i winem pomimo działalności czarnych charakterów. Zadziwia ich opanowanie - chcąc zachować dobrą atmosferę przy stole, zwracają uwagę czarnym charakterom w sposób kulturalny i wyważony. Tylko palce od czasu do czasu nerwowo zaciskające się na rękojeści noża krojącego lazanię, zdradzają ich wewnętrzne napięcie.
Tło historyczne: wybory parlamentarne w Polsce 2015, o których postacie drugoplanowe mają słabe pojęcie, gdyż w telewizji częściej oglądają świnkę Peppę niż polityków.

AKCJA

Scena I: Czarne charaktery i postacie drugoplanowe jedzą lazanię. Czarne charaktery nudzą się obiadem po 5 minutach. Głośno domagają się deseru nie zważając na fakt, że postacie drugoplanowe ledwo zaczęły danie główne. Wstają od stołu i biegają we wszystkich kierunkach. 

Scena II: Między młodszym  i starszym czarnym charakterem dochodzi do bijatyki o torebkę. Starszy czarny charakter wykorzystując znaczną przewagę fizyczną wygrywa i ucieka z rzeczoną torebką. Młodszy czarny charakter płacze rozpaczliwie. 

Scena III: Młodszy i starszy czarny charakter już w doskonałej komitywie oraz postacie drugoplanowe jedzą deser. Okruchy czekoladowego ciasta powoli opadają na podłogę. 

Scena IV: Mężczyzna dostaje zadanie wykąpania czarnych charakterów. Czarne charaktery przepychają się w wannie głośno krzycząc. Woda z wanny wylewa się  na podłogę łazienki. 

Scena V: Czarne charaktery leżą w łóżkach a postacie drugoplanowe robią wszystko by zasnęły. Mija pół godziny i czarne charaktery śpią. 

Scena VI: Wyczerpane postacie drugoplanowe sprzątają pole bitwy. Potem siadają na sofie i dopijają wino z obiadu.

KONIEC




sobota, 24 października 2015

sałatka z pieczoną dynią, imbirowym pęczakiem i dressingiem tahini

Ta sałatka podobnie jak poprzednia, którą prezentowałam na blogu, jest nieco pracochłonna, ale jej smak w pełni wynagradza trudy jej przygotowania. Pełno w niej różnych smaków - imbiru, kolendry, oliwy, czosnku, tahini; słodycz daktyli i dyni zostaje przyjemnie przełamana sokiem cytrynowym i berberysem. Mamy też kontrasty różnych faktur - chrupkie migdały, mięciutkie daktyle, jędrna papryka i sprężysty pęczak. Sałatka naprawdę warta polecenia!




środa, 21 października 2015

galaretka z pigwy lub pigwowca

Robienie galaretki z pigwy ma w sobie wiele staroświeckiego uroku. Kojarzy mi się z Lucyną Ćwierciakiewiczową, Marią Disslową oraz szeregiem bezimiennych, zapobiegliwych pań domu, które późną jesienią robiły przetwory z tych niegdyś bardzo pospolitych  owoców.
A potem zimą, gdy za oknem padał śnieg, podawały na podwieczorek drożdżowe bułeczki, gorącą herbatę i cudownie pachnącą, różową galaretkę.

Ostatnio i ja dołączyłam do ich grona - zrobiłam galaretkę i z pigwy, i z pigwowca. Choć pigwowiec ma o wiele bardziej intensywny zapach niż pigwa - koniecznie potrzymajcie go w kuchni przez dzień czy dwa, a sami się przekonacie - w galaretce różnice między pigwą a pigwowcem nie są już aż takie duże.

Stare przepisy każą obierać pigwę ze skórki i wydrążać gniazda nasienne - ja wyczytałam w internecie, że można pominąć ten niezwykle pracochłonny etap.

Jak zawsze przy robieniu domowych przetworów najtrudniejszym zadaniem jest podanie czasu gotowania. Nie mam dobrej porady - tak naprawdę najważniejsze jest doświadczenie. Z własnych prób i błędów wiem, że dżemy czy galaretki zawsze wydają mi się za mało gęste, gdy są w garnku, po czym kończę z produktem, który po wystudzeniu trzeba kroić nożem.

Tak czy siak galaretka smakuje niesamowicie, przekonajcie się sami.




sobota, 17 października 2015

krem czekoladowy z kaszy jaglanej - pyszny i zdrowy

Choć często można usłyszeć, że wszystko co dobre jest niezdrowe, to nie do końca jest to prawdą. Ja akurat często jestem zdziwiona, jak  wiele zdrowych rzeczy smakuje rewelacyjnie. Na przykład krem czekoladowy z poniższego przepisu smakuje niemal identycznie jak klasyczny francuski mus czekoladowy, a jest o niebo zdrowszy. Krem z kaszy jaglanej ma tylko nieco mniej gładką konsystencję, co jednak wcale mi nie przeszkadza. No i można przyrządzić go również w wersji wegańskiej bez żadnych strat w smaku. Warunkiem jest tylko dobry blender: mój ma nieco problemów w zmieleniu wszystkiego na gładko, kaszę jaglaną musze dodawać stopniowo, od czasu do czasu zatrzymać blender i przemieszać wszystko łyżką, ale zawsze jakoś się udaje. Kremu można też użyć do przełożenia tortu, wtedy w ogóle nie czuć tej odrobiny ziarnistości. 


środa, 14 października 2015

burgery z halloumi, pesto z kolendry i pastą z awokado

Przepyszne burgery, których przygotowanie zajmuje niewiele czasu. Pesto z kolendry i pastę z awokado można przygotwać dzień wcześniej. Zamiast halloumi można użyć burgerów mięsnych lub wegetariańskich, np. takich lub takich.



sobota, 10 października 2015

szpinak z sezamem

Prosty do przygotowania szpinak inspirowany kuchnią koreańską. Z moim ulubionym olejem sezamowym, ziarnami sezamu i czosnkiem. Najlepszy  po prostu z miską ryżu basmati. 



środa, 7 października 2015

polubione, odkryte, ciekawe

Dzisiaj chciałam podzielić się tym, co ostatnio wydało mi się ciekawe lub warte polecenia.

1. LOKALNE WINOGRONA

Małe, a do tego zawierają sporo pestek. Na szczęście zawierają też o wiele więcej smaku niż ich supermarketowi bracia, którzy imponują wielkością i nieskazitelnym wyglądem. Lokalne winogrona są przyjemnie słodko-kwaśne (przynajmniej te, które ja jadłam) i smakiem nadrabiają niedostaki wyglądu. Nie do kupienia w supermarketach i dyskontach, często pojawiają sie na różego roadzaju bazarach, targach czy "placach". 





sobota, 3 października 2015

slow life, slow cooking; addio pomidory; najprościej, najlepiej

Mój mąż usiłował jak najszybciej przejść przez ruchliwą ulicę. W jednej ręce trzymał komórkę, przez którą rozmawiał, w drugiej kluczyki do samochodu. Gdy tylko zrobiła się mała przerwa w strumieniu pędzących samochodów, szybko przebiegł przez ulicę. W tym momencie napatoczył się pijaczek i zwrócił się do niego: "Co się tak spieszysz? Pies biega i żyje dziesięć lat, żółw chodzi wolno i żyje sto."




środa, 30 września 2015

zupa: dynia/kolendra/chilli/limonka

Zupa, od której się ostatnio uzależniłam: jem ją dwa razy dziennie i ciągle  mi mało. Jak na razie tylko ja uważam, że jest boska - dzieci i mąż powiedzieli jej stanowcze NIE i jedli rosół. Ma to swoje plusy, bo cały garnek wzgardzonej zupy był  mój. A potem byłam przeziębiona i znowu musiałam sobie tę zupę ugotwać dla ratowania nadwątlonego zdrowia. I tylko z niepokojem wpatruję się w lustro, czy moja skóra nie robi się od tej dyni pomarańczowa...



środa, 23 września 2015

ciasto ze śliwkami i szafranem (wegańskie)

Wyraz radości na twarzy męża, gdy kolejny eksperyment kulinarny smakuje normalnie, zawsze mnie bawi. Ciasto z rozmarynem i limonką normalne na pewno nie było. Następna mutacja tego ciasta - waniliowe ze śliwkami - okazała się normalna. Kolejna wersja tego samego przepisu, tym razem z szafranem, znajduje się gdzieś między normą a odstępstwem od niej.

Dzięki gotowaniu według perskich przepisów, szafran stał się jedną z moich ulubionych przypraw. Teraz wykorzystuję go zupełnie swobodnie, nie tylko przyrządzając dania kuchni perskiej. A kuchnia wegańska jest oddalona o lata świetlne od tego, jak się jada w Iranie.

Jeśli szafran jest dla Was zbyt dziwny, dodajcie do placka ziarenka wyskrobane z 2 lasek wanilii lub 1 łyżkę ekstraktu waniliowego. Choć dla tych, którzy znają się na tradycyjnej kuchni polskiej, szafran w ciastach nie będzie żadnym zaskoczeniem; od razu przyjdą im na myśl niegdyś popularne wielkanocne baby szafranowe.
A ci, którzy mają pojęcie o kuchni międzynarodowej, zaraz skojarzą, że lussekatter, tradycyjne szwedzkie  bułeczki na dzień św Łucji, wypieka się z dodatkiem szafranu.




sobota, 19 września 2015

światło i ciemność; gruszka i rozmaryn; wegańskie wyzwanie

Powoli białe światło lata ustępuje miejsca łagodnemu półmrokowi jesieni. Coraz dłuższe, bardziej szare wieczory. Kontury miękną i rozpływają się w ciemności. Wydłuża się noc. Dziecko zaniepokojone gęstą ciemnością wędruje do łóżka rodziców. Matka wstaje, gdy czerń zaczyna szarzeć. Wstawia pranie i przy stłumionych dźwiękach pralki nastawia wodę w czajniku. Czarna kawa w białej filiżance i ostatnie chwile samotności. Wygląda przez okno - szarość coraz bardziej bieleje. Na listę zakupów dopisuje gruszki. Żółte, zielone, czerwone, pękate.


poniedziałek, 14 września 2015

błyskawiczne ciastka z masła z nerkowców (bez mąki)

No i jak tu się zdrowo odżywiać, gdy tę sałatkę (przepyszną zresztą) robi się lekko licząc pół godziny, a te ciasteczka jedyne pięć minut (nie licząc pieczenia). A na dodatek wychodzą idealne - chrupkie z wierzchu, miękkie i ciągnące w środku. Pachną nerkowcami i mają bardzo dużo kawałków czekolady. Wyszły nawet pomimo tego, że zapomniałam dodać do nich sody oczyszczonej. 


piątek, 11 września 2015

zupa pomidorowa ze skórką parmezanu

Dodatek skórki z parmezanu do zupy z ciecierzycy okazał się na tyle dobry, że zdecydowałam się dodać ją również do innych zup (z cukinii, kalafiorowej, z fasolki szparagowej, itd). 
W sezonie pomidorowym wrzuciłam ją również do garnka z pomidorówką i zaskoczenia nie było - pomidory i parmezan świetnie razem zagrały. Do garnka wrzuciłam również świeże oregano, ale jego smak gdzieś wyparował w trakcie gotowania. Zdecydowałam się więc posypać ugotowaną zupę świeżymi listkami i tym razem aromat tego zioła był wyraźnie wyczuwalny. Żeby było jeszcze lepiej, dorzuciłam podprażone orzechy włoskie i było już idealnie. 


czwartek, 10 września 2015

rewelacyjna sałatka na koniec lata

Nie będę owijać w bawełnę: ta sałatka oznacza dużo roboty, kilka brudnych misek, upaćkany blender i prawdopodobnie wycieczkę do sklepu po składniki. Ale jak tylko skosztujecie efektu waszych wysiłków, zapomnicie o całym trudzie, jaki włożyliście w przygotowanie tej sałatki. Do tego będziecie mieć jakże przyjemne poczucie, że dbacie o własne zdrowie: warzywa, oleje, pestki - każdy dietetyk by Was pochwalił i pogłaskał po główce. A oprócz tego, czy wspominałam już, że sałatka jest boska? Jak to często mi się ostatnio zdarza, inspirowałam się pewną wegańską restauracją z Wrocławia (ale tym razem to już bardzo odległa inspiracja). 


wtorek, 8 września 2015

bakłażan, dukkah i jak zostałam mistrzem trzech patelni

Nie jestem jeszcze taka stara, skoro wiele rzeczy potrafi mnie ciągle zdumiewać. Na przykład fakt, że kasjerka z pewnego dyskontu spożywczego nie wiedziała jakie warzywa ukazały się jej oczom, gdy na taśmie podjechały do niej bakłażany. Pani zdziwiła się na widok fioletowych dziwolągów, ja zdziwiłam się panią. 

Gdy otrząsnęłam się ze zdumienia przystąpiłam do rozpracowywania tajemniczych oberżyn. 
Starsza córka bawiła się w najlepsze w przedszkolu, młodsza słodko spała, a ja zajęłam stanowisko bojowe. Pokroiłam bakłażany w małą kosteczkę, dokroiłam papryki i zaczęłam smażyć. Szybko oceniłam, że smażenie partiami nie skończy się przed pobudką młodszej, więc wprowadziłam w życie plan B. Wyciągnęłam z szafki pozostałe dwie duże patelnie i zaczęłam smażyć symultanicznie na trzech patelniach. 

I wtedy poczułam się jak rasowy szef kuchni, potrząsając co rusz którąś patelnią, sprawnie przerzucając partie bakłażana do miski, wsypując nowe porcje i bystrym okiem oceniając stan wysmażenia na trzech patelniach naraz. No normalnie Thomas Keller w spódnicy. Było bosko, nigdy nie przypuszczałam, że smażenie może być takie ekscytujące. Mistrz trzech patelni, jak nic!

A na koniec zabawiłam się w alchemika - posypałam warzywa dukką i dokonała się transformacja - zwykłe danie przeobraziło się w wybitne, godne Thomasa Kellera (no prawie...) i mistrza trzech patelni. 



poniedziałek, 7 września 2015

bakłażany w pomidorach ze szpinakiem, fetą i orzechami

Dziś chciałam zaprezentować bakłażany w pomidorach, którymi można zadowolić przedstawicieli różnych opcji światopoglądowych: wegetarian, wegan, mięsożerców a nawet  Włochów . 
Oto bakłażany w kilku odsłonach:

1. Najprościej, i według mnie najsmaczniej, jest wtedy, gdy jemy je same, tylko z dodatkiem bagietki lub innego pieczywa. 

2. Aby zrobić z nich (chyba pełnowartościowy) wegetariański posiłek, wystarczy dorzucić nieco ciecierzycy  - około 200 g, i podać  z ryżem lub kaszą. 

3. Aby zrobić z nich (chyba pełnowartościowy) wegański posiłek, wystarczy wyrzucić fetę, a dodać ciecierzycę.

4. Jeśli chcemy poczęstować nimi mięsożerców, zaserwujmy je jako dodatek do grillowanych mięs. 

5. I, last but not least -  jeśli mamy ochotę na makaron, wystarczy wymieszać go z tymi bakłażanami - można pominąć fetę i orzechy. Otrzymamy wtedy danie zbliżone do pasty alla norma

Jednym słowem mamy tu do czynienia z wielozadaniową potrawką z bakłażanów. 


niedziela, 6 września 2015

ciasto z białą czekoladą i śliwkami

Miało być ciasto z karmelizowaną białą czekoladą i śliwkami...

Gdy tylko pomyślałam karmelizowana biała czekolada odczuwałam błogość, a w wyobraźni rozkoszowałam się nieziemskim smakiem karmelizowanej białej czekolady. 
Niestety wyobrażenia przerosły rzeczywistość.

Karmelizowana biała czekolada, wbrew swej nazwie, to nic ciekawego, a dodana do placka niewiele różni się od zwykłej białej czekolady. Owszem, posmak ciasta jest nieco inny, ale moim zdaniem nie ma sensu tracić czasu na karmelizowanie czekolady, bo efekt końcowy nie jest wart wysiłku.

Tym razem upiekłam to samo ciasto, ale ze zwykłą białą czekoladą. Wprowadziłam modyfikacje do oryginalnego przepisu - znacznie zmniejszyłam ilość cukru, a do ciasta dodałam gałkę muszkatołową i skórkę pomarańczową, bo biała czekolada, karmelizowana czy nie, daje nieco mdły, płaski smak. 
Samo ciasto ma półkruchą strukturę, nie jest miękkie i wilgotne. Mnie to odpowiada, stanowi przyjemny kontrast z miękkimi śliwkami. 



sobota, 5 września 2015

kokosowe curry z fasolki szparagowej i ciecierzycy z dodatkiem szpinaku i śliwek

Już w poprzednim poście pisałam, że bardzo spodobała mi się restauracja Żyzna we Wrocławiu. W tym tygodniu jadłam tam pyszne curry z kalafiora, ciecierzycy, szpinaku i śliwek. A że to curry było naprawdę rewelacyjne, musiałam przygotować sobie swoją wersję tego dania w domu. Moje curry nie ma aż tak wiele wspólnego z tym z Żyznej - zachowałam jednak  śliwki (niebanalny sezonowy dodatek) i zdecydowałam się na bardzo małą ilość sosu. Dotychczas chyba we wszystkich curry jakie jadłam sos stanowił ważną cześć dania - w dzisiejszej wersji mleczko kokosowe wsiąka w warzywa i odparowuje, dzięki czemu danie ma kokosowy smak, ale nie pływa w sosie. W odróżnieniu od wszystkich znanych mi przepisów nie użyłam typowych, intensywnych i aromatycznych przypraw chyba zawsze dodawanych do curry. Może nie jest to zgodne z indyjską tradycją, ale dzięki oszczędnemu użyciu przypraw smak warzyw jest o wiele wyraźniejszy. Curry jest wegańskie, a chapati widoczne na zdjęciu są wegetariańskie - do ich posmarowania użyłam roztopionego masła.


czwartek, 3 września 2015

tagliatelle z kurkami, migdałami i cukinią

Dobry obiad wprawia mnie w dobry humor na resztę dnia. Jednak to, co zjadłam w Żyznej (Wrocław), niedawno odkrytej przez mnie wegańskiej restauracji, nie tylko uszczęśliwiło mnie przez parę godzin, ale i zainspirowało do gotowania w tym stylu przez ostatni tydzień. Choć nie jestem weganką, często wybieram tego typu posiłki, bo mi po prostu smakują. Żyzna bije jednak na głowę wszystkie restauracje wegańskie, w których dotychczas jadłam. Wegańska czy nie, to po prostu wybitna kuchnia. Dzisiejsze tagliatelle, to moja wersja potrawy, którą tam ostatnio zjadłam - ja użyłam śmietany, bo nie miałam pojęcia jak bez niej uzyskać gęsty, kremowy sos. I choć mój makaron nieco się różni od pierwowzoru, to  i tak jest bardzo smaczny. Polecam każdemu  - zarówno weganom, jak i mięsożercom.



sobota, 29 sierpnia 2015

kuchenne kosmetyki: rewelacyjna soda oczyszczona

Pogoda nadal nie zachęca do gotowania i jakoś mój zapał do stania przy garach mocno osłabł. 
Zamiast jak zwykle szukać w internecie nowych przepisów, znalazłam recepturę na rewelacyjną maseczkę do twarzy. A że jej wykonanie było niezwykle proste, a główny składnik miałam w kuchennej szafce, od razu ją wypróbowałam. 

Na moją skórę podziałała rewelacyjnie, twarz stała się w dotyku gładka jak pupa niemowlaka (a jeśli chodzi o pupę niemowlaka, wiem o czym mówię). Maseczka z sody oczyszczonej często jest nazywana domową mikrodermabrazją - ja bym tak jej nie określiła, nie ma ona aż tak mocnego działania, ale działa tak jak dobre kupne pilingi czy maski oczyszczające, z tą różnicą, że kosztuje grosze.

Tak jak każdy kosmetyk, naturalny czy sklepowy, maseczka z sody może działać na niektóre osoby drażniąco, dlatego najlepiej wypróbować ją na małej powierzchni skóry. Ja oczywiście nałożyłam ją od razu na całą twarz, bo mnie raczej nic nie szkodzi i nie uczula. Ponieważ soda ma odczyn zasadowy, po zmyciu maseczki należy zakwasić skórę twarzy tonikiem lub, jeśli pozostajemy przy naturalnej pielęgnacji, wodą z sokiem cytryny (jedna łyżka soku na pół szklanki wody). 


niedziela, 23 sierpnia 2015

ciasto ucierane z wiśniami z nutą amaretto

Klasyka gatunku: wiśnie i amaretto. Odkąd odkryłam ekstrakt migdałowy zastępuję nim amaretto we wszystkich moich przepisach z zastosowaniem tego likieru. Tak jest taniej i prościej. Ekstrakt migdałowy jest raczej drogi, ale bardzo intensywny w smaku, w związku z czym używamy go w małych ilościach i summa summarum wychodzi taniej niż likier amaretto. 
A wracając do ciasta - jeśli nie macie wiśni, możecie przygotować to ciasto bez nich, za to z dodatkiem skórki otartej z dwóch małych cytryn. Połączenie skórki cytrynowej i ekstraktu migdałowego jest równie udane jak połączenie amaretto i wiśni.  


wtorek, 11 sierpnia 2015

Upał! Upał! Śliwkowe orzeźwienie



Nie mam pojęcia jak zacząć ten post, bo upał sprawia, ze mój mózg się kurczy, a palce omdlewają nad klawiaturą. Ostatnio nie mając siły zająć się czymś bardziej twórczym, przeglądałam internet w poszukiwaniu jakiejś optymistycznej prognozy pogody (czytaj: zapowiadającej nagłe i trwałe ochłodzenie), aż natknęłam się na tekst napisany przez Nigela Slatera (bynajmniej nie dotyczący tematyki meteorologicznej). 

sobota, 8 sierpnia 2015

sorbet z czarnych porzeczek

Sorbet porzeczkowy - niezwykle intensywny w smaku i bardzo kwaśny, to rzecz tylko dla poszukujących mocnych wrażeń. Na szczęście dodatek dużej ilości bitej śmietany albo towarzystwo lodów waniliowych sprawia, że sorbet łagodnieje i staje się odpowiedni dla przeciętnego zjadacza deserów. Z podanego przepisu wychodzi niewiele, ok. 350 ml lodów, ale ich smak jest tak mocny i skondensowany, że ta ilość jest w zupełności wystarczająca na ok. 4 porcje.
Gdyby nie fakt, że wyrażenie eksplozja smaku stało się tak powszechne, że już nic tak naprawdę nie znaczy, na pewno użyłabym go do opisania tych lodów. One naprawdę
eksplodują smakiem.



czwartek, 6 sierpnia 2015

fasolka szparagowa z tahini

Nawet nie wiedziałam, że tak bardzo lubię tahini. Dotychczas stosowałam tę pastę sporadycznie, ale jako podstawa sosu do zielonej fasolki niesamowicie mi zasmakowała. Autorką tego przepisu jest Marta Gessler, ja zrezygnowałam jedynie z dodatku pietruszki.


wtorek, 4 sierpnia 2015

bakłażany marynowane z miętą i kaparami

Ostatnio zajadam się na zmianę  marynowaną papryką lub bakłażanami z mięta i kaparami. Te ostatnie wyjadam same ze słoika, jem z rana na świeżej kajzerce (oliwą pozostałą z marynowania skrapiam bułkę) lub łączę plastry bakłażana z fetą. I na razie takie posiłki wystarczają mi do szczęścia.





BAKŁAŻANY MARYNOWANE Z MIĘTĄ I KAPARAMI


  • 2 średnie bakłażany
  • 1/2 szklanki świeżych listków mięty, pokrojonych na grube kawałki
  • 3 - 4 łyżki kaparów, grubo pokrojonych
  • 3 ząbki czosnku, drobno pokrojone
  • 3/4 - 1 szklanka oliwy
Bakłażany kroimy wzdłuż na plastry o grubości ok. 5 mm, posypujemy  solą i zostawiamy na pół godziny, żeby wyciekł z nich sok. Jeśli bakłażany są zbyt słone (smażymy jeden plaster na próbę), płuczemy je w zimnej wodzie, aż pozbędziemy się nadmiaru soli. Następnie bakłażany wycieramy papierowym ręcznikiem i grillujemy na patelni grillowej. Ja mam dwie patelnie - żeliwną i zwykłą, metalową i zauważyłam, że na żeliwnej uzyskuję o wiele ładniejszą "krateczkę". Następnie układamy usmażone bakłażany warstwami w słoiku, zasypujemy każdą warstwę czosnkiem, miętą i kaparami.  Jeśli chcemy, możemy posypać bakłażany solą, chociaż dla mnie są one wystarczająco słone. Zalewamy oliwą i zostawiamy w lodówce na kilka godzin. Tak przygotowane bakłażany można przechowywać 4 - 5 dni. 





sobota, 1 sierpnia 2015

najprostsze na świecie ciasto z czarną porzeczką

To był piękny, słoneczny dzień. Zostawiłam dzieci pod opieką babci i udałam się do lekarza na drugim końcu miasta na umówioną wizytę. Gdy dotarłam do przychodni, okazało się, że mojego lekarza dziś nie ma. Uśmiechnęłam się, obym tylko takie problemy w życiu miała, powiedziałam sobie w duchu i udałam się w drogę powrotną. Buty zaczęły mnie obcierać, więc z ulgą usiadłam w autobusie, który po paru minutach jazdy stanął w ogromnym korku. Dzień był coraz bardziej słoneczny, a autobus pozbawiony klimatyzacji. Dużo się mówi o niepozostawianiu dzieci i zwierząt w zamkniętym aucie, należałoby jeszcze wspomnieć coś o pasażerach komunikacji miejskiej zamkniętych w starych autobusach.Wyciągnęłam komórkę i ocierając pot z czoła przeglądałam przepisy na ciasta z czarną porzeczką. Znalazłam jakiś bardzo prosty  i postanowiłam kupić porzeczki, jak tylko uwolnię się z rozgrzanej puszki.

W końcu autobus dowlókł się na mój przystanek. Buty coraz bardziej obcierały, ale poszłam na bazarek po porzeczki. Zadowolona z zakupu i z perspektywy wypicia filiżanki kawy przed powrotem dzieci, wróciłam do domu. Usiadłam na kanapie, otworzyłam kryminał Leeny  Lehtolainen i upiłam łyk kawy. Wtedy zadzwoniła mama z informacją, że starsza córka ma 39 stopni gorączki.

I się zaczęło.
Starsza wymiotowała i z wrzaskiem odmawiała przyjęcia leku, młodsza płakała i chciała koniecznie na ręce, ale absolutnie nie do babci tylko do mamy. Dopiero groźba zastosowania czopka skłoniła starszą do przełknięcia łyżki leku przeciwgorączkowego. Młodsza złapała  w tym momencie termometr elektryczny warty jakieś 90 złotych i gdzieś z nim pobiegła. Ruszyłam za młodszą, a tymczasem starsza zaczęła krzyczeć, żeby jej poczytać książeczkę. I tak do dwudziestej drugiej (w międzyczasie wrócił mąż i pomagał opanować chaos).

O dwudziestej drugiej przypomniałam sobie o porzeczkach. Teraz albo nigdy, robię placek.  Ten przepis jest na prawdę prosty...
Wstawiłam ciasto do piekarnika, umyłam naczynia i sama poszłam się umyć. Z ulgą zmyłam pot jeszcze z autobusu. Ostatnią rzeczą jaką zrobiłam zanim bezwładnie opadłam na łóżko, było wyciągnięcie placka z piekarnika. Potem tylko kilka nocnych pobudek do dzieci i nastał ranek.
Rankiem ja i mąż zjedliśmy cały placek zanim córki  wstały.
A potem upiekłam to ciasto jeszcze kilka razy, bo dla zajętej matki maluchów, która jest jednocześnie miłośnikiem czarnych porzeczek, taki placek to pokusa nie do odparcia.


Robi się go w jednej misce, ok. 10 minut, za cały sprzęt kuchenny mając jedynie własne ręce. No i ta niesamowita ilość czarnych porzeczek. Ciasto jest mało reprezentacyjne, takie raczej do zjedzenia w gronie najbliższych niż serwowania eleganckim gościom, ale naprawdę warte polecenia.




CIASTO Z CZARNĄ PORZECZKĄ
przepis na blachę o wymiarach ok. 20 cm na 30 cm
  • 220 g mąki
  • 120 g masła
  • 170 g cukru
  • 2 jajka
  • 400 g czarnych porzeczek
  • opcjonalnie: 1 łyżeczka ekstraktu migdałowego + skórka otarta z małej cytryny
W misce umieszczamy mąkę i cukier. Dodajemy masło i rozcieramy je rękami, aż utworzy się kruszonka. Dodajemy jajka i zagniatamy rękami ciasto (wyjdzie takie raczej kleiste). Na końcu dodajemy porzeczki i delikatnie mieszamy je z ciastem, starając się ich nie rozgnieść. Następnie przekładamy całość na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Blachę wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni C i pieczemy ok. 50 minut, aż ciasto z wierzchu stanie się lekko złote. W przypadku tego wypieku nie ma co używać patyczka - ciasto będzie dość wilgotne. Kroimy po ostudzeniu.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...