czwartek, 31 grudnia 2015

dyniowa zupa z chlebem; boskie whole food

Grudzień był dla mnie niezwykle męczącym miesiącem. Z nieodłączną dwójką małych dzieci biegałam po mieście załatwiając kilka bardzo ważnych spraw, podczas gdy mąż niemal zamieszkał w pracy. 

Jedzenie zeszło na dalszy plan. Sucha bułka, zjedzona w biegu, pizza na obiad, parówki na śniadanie,  w burgerowni frytki dla dzieci i burger dla mnie, kupne słodycze na deser.

Ubierając się rano szukam jakiś luźniejszych spodni. O dziesiątej w nocy mam nagle nieodpartą ochotę na chipsy. Nie polecę do sklepu, jestem za bardzo zmęczona, zapycham się więc grzankami z masłem. O dziesiątej rano czuję się bardzo słaba - jedynie kawa i czekolada mleczna mogą mnie postawić na nogi. 
Szukam jeszcze luźniejszych spodni, może gdzieś jeszcze mam te z początków ciąży.

Dziwię się temu tyciu, bo jestem osobą, która nie tyje, niezależnie od tego co je. No tak, tylko ja zazwyczaj jem jedzenie domowe. Często jem tłusto (masło to u mnie artykuł pierwszej potrzeby), niemal codziennie coś słodkiego na deser. Tylko zawsze sama przygotowuje wszystkie posiłki. A oprócz masła i słodyczy zjadam mnóstwo warzyw, kasz, orzechów i innych NORMALNYCH rzeczy. Do tego staram się kupować produkty  wysokiej jakości. Język angielski ma określenie na ten typ żywności - whole food. Więcej o whole food można poczytać tutaj (po angielsku). Najkrócej rzecz ujmując chodzi po prostu o żywność nieprzetworzoną lub przetworzona w minimalnym stopniu.

Pod koniec grudnia mam trochę więcej czasu i zaczynam NORMALNIE gotować. Kończą się zachcianki. Czuję się lżej. Dzieci się trochę buntują, bo miesiąc jedzenia frytek, czekoladek i pizzy robi swoje. 

Z zamrażalnika wyciągam puree dyniowe. Przypominam sobie przepis z książki Davida Lebovitza na zupę dyniową. Nie wyszła mi gdy robiłam ją pierwszy raz, ale pamiętam, że miała potencjał. Przerabiam przepis - wychodzi coś zupełnie innego, ale jest bardzo smaczne. 

Duża w tym zasługa płatków drożdżowych. Miałam kiedyś jakieś płatki drożdżowe, ale mnie nie zachwyciły. Odkąd jednak siostra dała mi płatki Engevita stałam się ich fanką do tego stopnia, że podjadam je same. Dodaję je tam, gdzie tylko się da. Jeśli nie mamy płatków drożdżowych, wystarczy dodać do zupy starty parmezan. Nieco inny efekt, ale też więcej niż zadowalający. 


wtorek, 22 grudnia 2015

słonecznikowa sałatka

Tego lata często jeździliśmy z dziećmi, nie tylko swoimi, na wycieczki. Okazało się, że gdy się zwiedza świat z małymi dziećmi, największą atrakcją turystyczną są place zabaw. W pewnej miejscowości, której nazwy już nie pamiętam, poszliśmy, a jakże, na plac zabaw. Nasze dzieci podejrzliwie łypały spod oka na dwójkę dzieci w piaskownicy i zazdrośnie strzegły swoich wiaderek i łopatek (tak, podróżowaliśmy z podręcznym zestawem łopatek i wiaderek). Ja jako osoba dojrzała i kulturalna (a przynajmniej pragnąca za taką uchodzić) zamiast groźnie mierzyć wzrokiem lokalsów wdałam się w miłą pogawędkę z dziadkami owych dzieci. Zapytałam się tych starszych państwa, gdzie tu można dobrze zjeść. Pani z niezwykła pewnością poleciła pewien bar za stacją benzynową. Wszystko jest tam świeże, i smaczne a porcje tak duże, że przejeść nie można. No i ceny są przystępne. Jak ktoś zamawia katering, to tylko tam.

Zabraliśmy więc dzieci, łopatki i wiaderka i udaliśmy się pod wskazany adres. Złożyliśmy zamówienie. Ja wybrałam knyszę z warzywami, pod których ciężarem ugięły mi się ręce.
Mąż na talerzu wielkości koła młyńskiego otrzymał górę frytek zwieńczoną imponujących rozmiarów kotletem, z którego spływał ser żółty w ilości wystarczającej na przygotowania małego fondue. Całość przyozdabiał bukiet surówek, który wystarczyłby dla kilku wygłodniałych jaroszy. A wisienką na torcie było małe wiaderko sosu czosnkowego do polania całości. 
Dla mojego męża był to przełomowy dzień, który uświadomił mu jego ograniczenia - pierwszy raz w życiu zostawił mięso na talerzu. Cóż, od początku obrał złą strategię - zamiast najpierw rozprawić się z kotletem, a potem zaatakować frytki i ewentualnie bukiet (surówek), próbował zjeść wszystko na raz. Ten to strategiczny błąd doprowadził w rezultacie do porażki i to pomimo wsparcia z mojej strony - cały czas podjadałam frytki z jego talerza.

Od razu zrozumieliśmy dlaczego lokal cieszy się taką sławą wśród mieszkańców. Menu zostało dostosowane do gustów lokalnej społeczności, jedzenie naprawdę było świeże, w przystępnych cenach i w dużych ilościach.

Nie da się jednak, psiakrew, zadowolić wszystkich. Ja wolę słonecznikowa sałatkę, zupełnie niedostosowaną do gustów lokalnej społeczności. Świeżą co prawda, ale relatywnie drogą (kilogram wyłuskane słonecznika kosztuje więcej niż kilogram piersi kurczaka) i w stosunkowo małej ilości.



*Dzieci zjadły jakiś promil ogromnej pizzy, którą sobie zamówiły. Kolejni, którzy nie docenili gigantycznych rozmiarów posiłku, a do tego w przystępnej cenie.
**Mężowi dodałam do poniższej sałatki grillowaną pierś kurczaka, która była zaledwie cieniem cienia potężnego kotleta w pamiętnym lokalu.
***Sałatki w tym stylu pokazywane wcześniej na blogu:




sobota, 19 grudnia 2015

jarmużowe kopytka

Nigdy nie lubiłam kopytek, jakoś nie przemawiały do mnie wielkie gumowate kluchy polane ciężkim mięsnym sosem. Takie danie to zdecydowanie nie moja bajka. Jednak gdy mąż zamówił sobie w restauracji dyniowe gnochi, podane w bardzo ciekawy sposób, nie mogłam się oprzeć i skubnęłam mu parę z talerza. Okazało się, że jednak lubię kopytka. Jak zwykle, każde danie może być dobre, pod warunkiem, że zabierze się za nie zdolny kucharz.

Pomysł na kopytka z jarmużem znalazłam w tamtym roku u Mątewki. Jednak zamiast robić kopytka, smażyłam masę ziemniaczano-jarmużową w formie kotlecików (polecam!). A ponieważ często przygotowywałam pesto jarmużowe, zaczęłam je dodawać do kotletów zamiast samego jarmużu. W tym roku pierwszy raz w życiu zrobiłam kopytka. W takiej wersji nawet ja je polubiłam.


czwartek, 10 grudnia 2015

orzechowa sałatka ze szpinakiem, ogórkiem i granatem

Po prostu musiałam go kupić!
Już od jakiegoś czasu znajduję się w szponach olejowego nałogu polegającego na kupowaniu niezliczonych butelek płynnego złota (że się tak poetycko wyrażę).  

Okazuje się, że olej można wycisnąć prawie ze wszystkiego, w związku z czym moja kolekcja ciągle się powiększa. Niektóre trzymam w lodówce, inne w szafce, jeszcze inne na blacie, bo butelka nie mieści się w szafce. 

Tego dnia w zasadzie szukałam prezentów mikołajowych dla dzieci, ale jakoś mój wzrok przykuła butelka oleju z orzechów laskowych. Poczułam pewien dyskomfort na myśl, że znowu wydam pieniądze na kolejny olej, ale  szybko wytłumaczyłam sobie, że ten olej na pewno cały zużyję (w przeciwieństwie do zalegającego w lodówce bardzo zdrowego oleju lnianego), bo jak tu nie lubić oleju z orzechów laskowych. Tym razem mój impulsywny zakup nie był wyrzuceniem pieniędzy w błoto, bo zużyłam już tak nieco ponad połowę butelki. I właściwie tylko do robienia dressingu do poniższej sałatki. 

A tak na marginesie - do twarzy używam olejku z róży. 


niedziela, 6 grudnia 2015

ekstrakt ze zużytych lasek wanilii

Wyrzucanie zużytych lasek wanilii to bardzo zły pomysł, ponieważ, pomimo braku wydłubanego miąższu, mają nadal bardzo wiele do zaoferowania. Ciągle są bardzo aromatyczne, o czym łatwo się przekonać, gdy je powąchamy. Zamiast je wyrzucać lekką ręką, wykorzystajmy je do przygotowania domowego ekstraktu waniliowego. Wystarczy drobno je pokroić, zalać wódką i odczekać  dwa tygodnie. Po tym czasie nasz ekstrakt będzie równie mocny, jak ten przygotowany z całych lasek wanilii. Oczywiście do przygotowania ekstraktu musimy dać więcej zużytych lasek niż świeżych, ale efekt jest ten sam. Dużo zależy od rodzaju wanilii, jeśli uzyskany ekstrakt będzie zbyt słaby, możemy dołożyć do niego więcej zużytych lasek. Ja zbieram sobie laski przez jakiś czas, bo wiadomo, że sześciu nie wykorzystam za jednym razem - trzymam je w szklanych fiolkach, w których je kupiłam. Tak przechowywane zachowują aromat.


czwartek, 3 grudnia 2015

smoothie z nerkowców i pomarańczy

W zasadzie wszystkie smoothie, które bazują na mleku roślinnym i bananach smakują bardzo podobnie. Tej jesieni wypróbowałam już wiele koktajlowych kombinacji: z puree dyniowym, z mango, z kakao, ze szpinakiem. Za każdym razem smakują mi tak bardzo, że wypijam wszystko do dna.

Podobnie mogłabym opisać  skandynawskie kryminały: w zasadzie wszystkie skandynawskie kryminały są do siebie bardzo podobne. Mają jakiś charakterystyczny klimat, który świetnie koresponduje z ponurymi późnojesiennymi dniami. Za każdym razem, gdy zaczynam jakiś czytać, nie mogę się oderwać, póki nie skończę. 

Ta przewidywalność w obu przypadkach wcale a wcale mi nie przeszkadza, wręcz przeciwnie. Za każdym razem gdy wrzucam do blendera banany i wlewam mleko wiem, że będzie dobrze.  Za każdym razem, gdy wyciągam się na kanapie z kryminałem w ręku wiem, że będzie przyjemnie.


LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...