niedziela, 30 października 2016

sześć miesięcy na działce 1

                                 

Prawdziwym przeznaczeniem rolnika jest opieka nad niewielkim kawałkiem pola w pełnym  poczuciu wolności i dostatku każdego dnia.

                                                                                                                            Masanobu Fukuoka





POCZĄTKI

W lutym tego roku kupiłam działkę. Następnie, ku mojemu  zdumieniu okazało się, że wielu bliższych i dalszych  znajomych  też właśnie kupiło działki. Kiedy zaś ciotka zadała mi pytanie: "Co was wszystkich tak nagle na działki wzięło?", zrozumiałam, że padłam ofiarą nowej mody. Jest to dziwne, bo jak każdy człowiek uważam, że nie podążam ślepo za modą (a to, że nie jestem podatna na reklamę rozumie się samo przez się).




WILD AT HEART

Na początku był trawnik, a może tylko trawa.
Zanim wszystkiego niepotrzebnie nie przekopałam (jak się później okazało jednak potrzebnie) zachwyciłam się trawnikiem.
Na przykład kwiatkiem o łacińskiej nazwie Veronica officinalis. Dlaczego Veronica? Od świętej Weroniki, której twarz można dostrzec, gdy tylko będziemy uważnie wpatrywać się w ten kwiatek


Inny kwiatek, który występował całkiem często na trawniku, to fiołek polny.



W stosownym czasie siedząc na trawniku obchodziłam nazwijmy to "polskie hanami".



Dowiedziałam się, że z korzeni mniszka lekarskiego i łopianu wyrabia się tradycyjny brytyjski napój dandelion and burdock. Ta historia też ma nomen omen korzenie religijne, ponoć autorem owego przepisu jest św Tomasz z Akwinu.


Gdzieś w sierpniu na trawniku nastąpiła wymiana gatunkowa. Zamiast mocno dominujących mleczy, pojawiły się całe połacie koniczyny.


Jesienią jak to jesienią, czas się udać na grzybobranie. Ja nie musiałam udawać się daleko:






Na trawniku występowały nie tylko okazy rodzimej flory, ale i fauny.



A oprócz węża (jestem świadoma, że taki z  niego wąż, jak ze mnie ogrodnik) również żaby i jaszczurki, nie licząc królików czy saren, ale one pojawiały się, jak my znikaliśmy.

Dotarło do mnie, że skoro sam trawnik jest tak ciekawy, to co będzie dalej? Oczywiście to nie jest zwykły trawnik, tylko trawnik dla ludzi o dzikim sercu (i z jajami).


OGRODNICTWO BALKONOWE CZYLI RENCISTA NIEMODNY

Teściowie mają sąsiada, który od lat uprawia na balkonie pomidory. Mówią mi o tym z lekkim uśmieszkiem politowania nad dziwactwami ekscentrycznego sąsiada. Kto by uprawiał pomidory, jeśli można je kupić wszędzie, przez cały rok i do tego w niskiej cenie. Najwyraźniej nie wiedzą, że balcony gardening, to najnowsza moda i balkonowego ogródka nie powstydziłby się żaden hipster. Nie tylko nie powstydził, ale mógłby nawet założyć blog a potem wydać książkę poświęconą balkonowym uprawom. Niestety nasz rencista-emeryt przez trzydzieści lat uchodził za dziwaka, a gdy nadszedł jego czas, nie ma komputera, ani know-how, żeby założyć blog. Udziela mi za to kilku cennych rad, tradycyjną metodą face to face, gdy spotykam go przypadkiem pod blokiem. Jak to mówił Mahatma Ganhdi? Najpierw cię ignorują. Potem śmieją się z ciebie. Później z tobą walczą. Później wygrywasz. 
Ja sama równolegle do prac na działce rozpoczęłam uprawy na balkonie (ale to już epigonizm). Balkon ma tę zaletę, że nie występuje na nim większość szkodników robiących spustoszenie w uprawach gruntowych. 





ROUNDUP READY

Bez nawozów nic nie będzie. 
To zdanie w różnych wariantach słyszałam zawsze, gdy pytałam się ludzi, którzy mieli w jakikolwiek sposób do czynienia z uprawą warzyw, o naturalne metody uprawy.
Naturalnie się nie da. No jak ma się dać, jak się nie da? Nie w tych czasach.
Ja zdecydowałam się na uprawy ekologiczne, choć co to dla mnie dokładnie znaczy, napiszę później.

Jak na razie nie spotkałam żadnego działkowca, który by nie stosował chemii ogrodniczej (co oczywiście nie znaczy, że takich nie ma). Nawozy, herbicydy, pestycydy, wszystko czego dusza zapragnie. Moją niewinną ekologiczną duszyczkę najbardziej zszokował fakt, że niektórzy stosują roundup. Ten roundaup, który produkuje znienawidzona z prawa i z lewa firma Monsanto (ci to dopiero dopiero wiedzą czym jest hejt), którym opryskuje się soję i kukurydzę modyfikowane genetycznie.  Ten roundup, którego jeden ze składników - glifosat został uznany przez Międzynarodową Agencję Badania Raka za prawdopodobnie rakotwórczą dla ludzi i jest oskarżony o wywoływanie kilku innych chorób. Z tego co kojarzę, Francja i kilka innych krajów zakazały sprzedaży tego środka.

Roundup oraz inne herbicydy świetnie zabijają chwasty, co ułatwia prace wielu działkowcom - nie muszą giąć karku i na kolanach (ach te odciski!) wyrywać chwastów z ziemi. Tylko w zasadzie można by pójść krok dalej (a w zasadzie pojechać samochodem) i kupić sobie takie pryskane warzywa i owoce w jakimś supermarkecie. To dopiero oszczędność czasu! No i opary różnych specyfików wdychałby sobie hodowca w trakcie ich rozpylania, a nie biedny działkowiec, często emeryt, który i tak ma liczne dolegliwości i nie potrzebuje dodatkowych.

Następnym razem, gdy znajomy działkowiec da Wam jakieś warzywa lub owoce grzecznie podziękujcie. Pamiętajcie, że zawodowych hodowców hamuje cena ogrodowej chemii (a na duży obszar potrzeba dużo chemii), może też strach, że niecne praktyki ujrzą światło dzienne. Za to my działkowcy jesteśmy ludźmi bez zahamowań i te dwadzieścia czy trzydzieści złotych na jakiś cudowny środek zawsze wysupłamy. Smacznego!


PLONY:

Zaczęłam siać pod koniec marca. Zupełnie za wcześnie, ale nie mogłam się doczekać. A nuż coś z tego będzie. Najwyraźniej rolnicy dobrze wiedzą kiedy siać - rośliny posiane później, gdy było już cieplej, a dzień trwał dłużej, szybko dogoniły te przedwcześnie posiane. Gdzieś tak w maju i ani trochę wcześniej dla tych, którzy się nie mogli doczekać, nadszedł czas zbierania tego, co zostało posadzone. Zebrałam i ja.


Zebrała również moja sąsiadka i dała mi część nadwyżek.


Pozostałą część nadwyżek oddała innym frajerom, którzy nie potrafili sobie wyhodować rzodkiewek. Ja zaś odniosłam wrażenie, że więcej kalorii straciłam pracując na działce niż zyskałam jedząc owoce swej pracy.


LA TOMATINA

Coś w tych pomidorach jest. Mało kto może bez nich żyć  i nie ma, że styczeń czy luty. Aby nie zabrakło nam ich przez całe lato najwcześniej jak się tylko dało (oczywiście!) wysiałam nasiona różnych gatunków pomidorów. Wykiełkowały chyba wszystkie co do jednego, a ja zostałam z poważną nadprodukcją pomidorowych sadzonek. Niestety nie potrafiłam się żadnej pozbyć (a razem z nimi moich pomidorów in spe). No bo jak to, od nasionka chuchałam i dmuchałam, a teraz do kosza? Nie i nie. Dokupiłam kolejny worek ziemi, pozbierałam plastikowe pojemniki po różnych jogurtach, lodach i tym podobnych i zawzięcie pikowałam. Sadzonki pomidorów zaczęły zajmować  w moim domu kolejne przyczółki. Gdy przestały się mieścić na parapetach (miałam tam zresztą inne sadzonki), dostały swój własny stół:


Służyły również jako ozdoba biurka.


A gdy nadeszły cieplejsze dni zażywały słońca na balkonie (oczywiście na chłodne noce wnosiłam moje pieszczochy do domu).


Na początku maja coraz dobitniej docierało do mnie, że za wcześnie wysiałam nasiona. Sadzonki były wysokie, chudziutkie i wiotkie, a miały być małe i krępe. Za mało światła, wyczytałam w internecie. A to dlatego, że nie ma słońca nieomal przez siedem miesięcy w roku, dopowiedziałam sobie. Trzeba pomyśleć o jakiś lampach doświetlających w przyszłym roku. Planowałam wysadzić sadzonki zaraz po 15 maja, tymczasem na dworze nadal było zbyt zimno. 

W końcu jednak nie dało się dłużej czekać i sadzonki pojechały na działkę - pożegnanie było trudne, ale musiałam pozwolić moim pomidorkom wyfrunąć z gniazda, aby mogły się dalej rozwijać.


A potem z drżeniem serca czekałam na zarazę, bo nikt, kto kiedykolwiek miał do czynienia z uprawą pomidorów, nie miał wątpliwości, że ona nadejdzie. Zwłaszcza jeśli się nie użyło jak każdy normalny człowiek miedzianu, bravo i znowu miedzianu. Tymczasem moje pomidorki spokojnie pojawiały się na krzaczkach, pięknie się zieleniły i wydawało się, że wszystko jest na najlepszej drodze ku obfitym zbiorom. Pierwsze zdrowe pomidory zaczęły przybierać czerwony odcień i zacierałam ręce z radości. I właśnie wtedy przyszła ona.


Jedyną radą miało być powyrywanie i spalenie krzaczków, gdy tylko pojawiła się na nich najmniejsza ciemna plamka zarazy. A mnie znowu ogarnęła niemożność wyrwania i wywalenia do śmieci (nie mówiąc o spaleniu!) tak drogich memu sercu krzaczków. Obrywałam tylko zaatakowane liście, gałązki i owoce. Czekałam i obserwowałam, co będzie dalej, choć na działkę wkraczałam z bólem serca. Po krótkim  czasie z dnia na dzień zmniejszała się ilość zaatakowanych owoców, aż pewnego dnia mogłam z radością ogłosić, że zaraza  się skończyła, a pomidory nawet na tych zaatakowanych  krzaczkach normalnie dojrzewały bez śladu choroby.


I znowu opuszczałam działkę z ciężkimi siatkami i lekkim sercem.



Na szczęście moje ulubione bawole serca zaraza jakoś zupełnie ominęła. Nie wiedziałam czy to kwestia gatunku, czy miejsca na działce (różne gatunki pomidorów posadziłam w różnych miejscach), ale po wnikliwej analizie mocno chaotycznego schematu nasadzeń (czytaj: sadzenia gdzie popadnie) doszłam do wniosku, że to jednak kwestia gatunku, czego nie omieszkam uwzględnić w pomidorowej strategi na rok 2017. A może zaraza zarazie nie równa?

A na koniec tej części rozczulający widok pomidora zerwanego dłonią dziecięcia:
















2 komentarze:

  1. Super wpis! Cudowny miałaś czas na działce od początku sezonu :) Ja ma działkę od dwóch lat :) U nas jaszczurki padalce (jak u Ciebie za zdjęciu) bardzo chętnie zagnieżdżają się w pryzmie kompostowej i trzeba uważać jak ją przekładamy widłami, żeby padalcom nie zrobić krzywdy :)
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  2. A u nas jakoś nic się w kompoście nie zagnieździło, zobaczymy w przyszłym roku. Udanego działkowania w przyszłym sezonie:)

    OdpowiedzUsuń

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...